Główna zawartość

środa, 23 maj 2018 21:30

Majówka MRU

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

Majówka MRU? 8 dni, 8 nocy pod namiotem, 840 km, najstarszy dąb w Polsce, ławeczka w Krośnie Odrzańskim, 4 przejazdy przez poligon, w tym 2 na partyzanta, zwiedzanie jednego z największych miasteczek treningowych dla wojska w Europie, przejście labiryntem dla komandosów, objazd jezior, miasteczko Michaliny Wisłockiej, 3 godziny jazdy pod ziemią na głębokości 35 - 60 m, podjazd na najwyższy szczyt lubuskiego (całe 227 m n.p.m.) pałace, lasy, pola, łąki, piachy, bruki. Sady kwitły, bzy pachniały, rzepak się żółcił. A na dokrętkę Bory Dolnośląskie i falujące Kaczawy. Jakby miesiąc nas nie było... Serdeczne podziękowania dla Kucharskich i Pana Andrzeja. Pozdrawiamy kręcący Sulęcin. Lubuskie lubię!

Galeria.

poniedziałek, 21 maj 2018 21:22

Kryptonim Pączek

Oceń ten artykuł
(6 głosów)

Rower bez paliwa nie pojedzie. Najlepszym według koneserów RB jest pączek. Zatem, aby hołd złożyć pączkom, miastu przez wielu ukochanemu i ułagodzić wizerunek maniaków z sakwami, dokonaliśmy objazdu wrocławskich pączkarni. Pełne 29 km. Zgodnie z informacjami naukowymi - pączków nie spaliliśmy :)

Dla Wojtasa.

W mojej sakwie pączek leży.

I myśl moja ku nim bieży.

Jest okrągły, tak jak koło.

Już mi kręci się wesoło.

Myślę o nadzieniu z różą.

Ścieżki od kręcenia kurzą.

I ten słodki z wiórkiem lukier…

Toż to dla mych mięśni cukier.

Gdy zdobędę szczyt, gdzieś hen.

I pokonam dystans ten.

Nie zabierze mi go żona.

Nawet moja przełożona.

Tam nagroda czeka, wiem.

Pączek z sakwy zjem, ach, zjem.

 

 

poniedziałek, 14 maj 2018 21:38

Sponton

Oceń ten artykuł
(4 głosów)

Sponton. Spontanicznie wrzucony do kalendarza został "spontanicznie" odwołany z przyczyn niezależnych, he. I jak to na spontona wyszło odbył się w całości całkiem przypadkowo. Bo jak już się niektórzy w te sakwy spakowali, to pojechali na spacer. Koniec końców grupa uparciuchów tuż po zachodzie słońca spotkała się u podnóża Gór Sowich i po zmroku zaliczyła podjazd na Przełęcz Jugowską i Rymarza. Potem nocleg pod chmurką z widokiem, a rano techniczne zjazdy i asfaltowy wypas do Nowej Rudy pod zabytkowymi wiaduktami. I od początku ... Do góry, tuż obok Góry Wszystkich Świętych, do Wambierzyc, Radkowa, na czeską stronę, aby odpocząć w sportowym pubie w Broumovie i w niedzielne popołudnie przeglądnąć sobotni i piątkowy numer pepikowego dodatku sportowego... I od początku ... Podjazd na Czarnocha, legendarna już karkówka z wiedeńską cebulką i zjazd przez Głuszycę praktycznie aż do samej Świdnicy. Do domu już rzut beretem :) 2 dni, 212 km, MTB RB (Mam Tu Bagaż). 

poniedziałek, 14 maj 2018 21:21

Chochoł, czyli krokus pokus

Oceń ten artykuł
(1 głos)

„Góry moje, wierchy moje otwórzcie swe ramiona…” i otworzyły… Powitały nas dostojne i majestatyczne, dając słońce, wiatr, ośnieżone szczyty i, oczywiście, krokusy. Piękny kwietniowy weekend w Tatrach, to niezapomniane wrażenia i na długo naładowane akumulatory.

Zaczęliśmy już w piątek od kilkugodzinnego spaceru przez Dolinę Kościeliską, ścieżką nad reglami i Dolinę Chochołowską, by wrócić do Kir, gdzie w pensjonacie Szarotka u przemiłej Pani Ani mieliśmy przyjemność spędzić dwie noce. Pensjonat jest godny polecenia pod każdym względem, a Pani Ania po prostu wie, jak to się robi.

Piątkowa wycieczka, wprawdzie krótka, ale na rozruszanie się w sam raz. Już tu mogliśmy się przekonać, że krokusy są i, że jeśli słonko dopisze, to będzie ich coraz więcej. Jednak śniegu i lodu nie brakowało, a niektórzy z nas odkryli niesamowitą wygodę płynącą z posiadania raczków. Zejście w nich po lodzie i śniegu nie sprawiało żadnych trudności. Ot, mała rzecz, a cieszy.

Po wycieczce i smacznym obiadku – a raczej obiadokolacji, wróciliśmy do Szarotki, gdzie czekając na resztę ekipy, która miała dojechać wieczorem, niektórzy z nas ku ogromnej uciesze pozostałych rozegrali pierwszą w życiu partyjkę w bilard. Jak to człowiek nie wie, kiedy się czegoś nowego nauczy.

W sobotę postanowiliśmy zaatakować Ornak, jak się okazało przez wielkie O. Najpierw spacer Doliną Kościeliską do schroniska pod Ornakiem. Już w dolinie raczki się przydały, gdyż w bardziej ocienionych miejscach pokryta była lodem. Za to w bardziej nasłonecznionych pokazywała nam przepiękne małe fioletowe główki krokusów. Nęciła widokiem ośnieżonych szczytów i zapraszała szumem potoku. I jak tu się nie poddać magii Tatr? Gdyby jeszcze ludzi było mniej… No, ale ponoć nie można mieć wszystkiego na raz, choć ja nie wiem dlaczego…

W schronisku chwila przerwy, po czym ruszamy na Iwaniacką Przełęcz. Tu już coraz więcej śniegu i lodu, a im wyżej, tym bardziej zimowa sceneria. Śnie, słońce, góry, las… Pięknie.

Na przełęczy krótka dyskusja i decyzja – idziemy dalej, na Ornak, jak braknie czasu, to najwyżej zawrócimy. I, niestety, brakło. Przepiękne, niesamowite podejście w śniegu. Zapaść się po kolana, prawie norma, po pas, też się zdarzało. Za to jakie widoki! Na grzbiet wyszliśmy wszyscy i w zasadzie zegarki powiedziały resztę. Dla niektórych z nas to pierwsze takie zimowe wyjście. Na grzbiecie bardzo mocno wiało, ale pogoda była cudna. Teraz pozostało nam już tylko zejście po własnych śladach. Miejscami bardzo stromo, zjeżdżając po śniegu na tyłkach bądź plecakach. Na Przełęczy Iwaniackiej byliśmy już dość późno, więc wróciliśmy do schroniska pod Ornakiem i Doliną Kościeliską do Szarotki.

Ale to jeszcze nie koniec wrażeń na dzisiaj. Po tak intensywnym wysiłku należy się odrobina przyjemności, więc pojechaliśmy do term chochołowskich, by rozgrzać się w ciepłych basenach z widokiem na Tatry. Baseny solankowe, kąpiele siarkowe, masaże wodne – cóż może być bardziej kojącego dla zmęczonych mięśni… Wymoczone i odprężone wróciłyśmy do pensjonatu na zasłużony odpoczynek.

No i niedziela, nasz ostatni dzień w Tatrach. Słońca nie brakuje, krokusów coraz więcej, czyli jest wszystko, czego nam trzeba. Znów zaczynamy od Doliny Kościeliskiej i ścieżką nad reglami dochodzimy do Doliny Chochołowskiej. Postanawiamy dojść do Polany Chochołowskiej mimo tłumów ciągnących w tamtą stronę. W zatłoczonych galeriach bywa mniej ludzi, ale twardo brniemy naprzód, narzucając możliwie najszybsze tempo. W końcu jest, Polana Chochołowska w pełnej krasie. No i było warto! Utonęliśmy w fioletach, całe połacie wyciągających główki do słońca krokusów. Zachwyt, wszechogarniający i niepodzielnie panujący. Trudno oczy oderwać od tych cudowności…

Punkt kulminacyjny został osiągnięty. Teraz trzeba wrócić. Dolinę Chochołowską pokonaliśmy w 75 min., by potem wyłożyć się w trawie na Siwej Polanie. Jeszcze tylko godzinka drogą pod reglami, gdzie też nie brakuje krokusowych polanek, obiad, bardzo zresztą smaczny i jedziemy do domu, z żalem opuszczając Tatry i gościnny pensjonat Pani Ani.

Tatry, oglądane znów po ponad dziesięciu latach, po raz kolejny pokazują, że są po prostu piękne, niesamowite, dostojne, że potrafią zauroczyć i zapaść głęboko w serce. Ba, znów zauroczyły i pozwoliły łaskawie się w sobie zakochać…

-Aga-

Galeria.

piątek, 11 maj 2018 21:29

Powiatowo na Sportowo - Kąty W.

Oceń ten artykuł
(4 głosów)

Gmina Kąty Wrocławskie zaskakuje. Każda miejscowość ma historię w tle z pałacem. Piękne drogi w lesie, prowadzące starymi groblami i ścieżki między majątkami. Można jechać polami, wspiąć się na zielone wzgórze i podziwiać wiosnę.

W gminie Kąty Wrocławskie znajdował się majątek jednego z najbardziej walecznych marszałków w służbie pruskiej - Gebharda von Bluchera, nazywanego Marszałkiem Naprzód. Odwiedziliśmy jego mauzoleum, gdzie pojawił się tajemniczy Królik... Przy okazji wylegiwaliśmy się na trawie i tarasie Piławskiego Dworu, który uprzejmie otworzył dla nas specjalnie swoje drzwi. Pizza na medal, a żeberka na order :)

http://www.pilawskidwor.pl/

czwartek, 26 kwiecień 2018 21:03

Krokus

Oceń ten artykuł
(6 głosów)

Najpierw była bajka o tym, jak górale wołali "Cho! Cho! Łów!" i piękna drewniana zabudowa Chochołowa. Potem był uśmiech Pani Ani w Szarotce. Tak to się zaczęło. W pierwszy dzień krokusy spały, ale drugiego dnia, gdy zaświeciło słońce, kolory wybuchły... I tak rozpoczęła się przygoda. Wędrówki lasem, na przełęcze, do schroniska Ornak, łażenie w śniegu, aby zakosztować wysokogórskich wrażeń, zjazdy w błocie i łąki, łąki pełne krokusów.

Jeszcze wciąż można w Tatrach znaleźć niezatłoczone ścieżki, wyleżeć się na trawie, usiąść na ławce z widokiem. Mimo tych przyjemności, na własne ryzyko weszliśmy do Doliny Chochołowskiej w godzinach szczytu. I było warto, bo takiej "fioletowości w delikatności" to tylko w bajkach można ujrzeć.

Dodać należy, że grupa damska relaksowała się w Termach Chochołowskich... Zachód słońca płonący nad Tatrami oglądany z bąbelkującej wody w podświetlonym basenie. Hm, luksus, po prostu luksus :)

Dla jednych to były pierwsze Tatry od lat, pierwsza zimowa wspinaczka, pierwsze raczki na nogach, pierwsza adrenalina na wysokości, pierwszy dywan krokusów, pierwszy bilard, pierwszy basen z siarką :) 

Jeśli szukacie fajnego miejsca, to polecamy Szarotkę w Kirach. Pani Ania jest superkobietą. I to tak na poważnie. Nie nosi peleryny, bo jej przeszkadza w pracy w ogródku.

Nasza galeria i zdjęcia z 1970 roku - tutaj.

"Gdy zakwitną krokusy,
pójdziemy na hale…
Nad potoki wiosenne
i wyżej, i dalej…

Poprzez regle, nad regle,
w gąszcz kosodrzewiny,
by spod nieba samego
popatrzeć w doliny…

… na stawy jak łza czyste
i jak kryształ lśniące,
gdy zakwitną krokusy
pod wiosennym słońcem."

wiersz Tadeusza Kubiaka "Gdy zakwitną krokusy"

Strona 1 z 51