Główna zawartość

niedziela, 12 grudzień 2021 19:03

Ostatki rowerowego lata

Oceń ten artykuł
(7 głosów)

Na start pociągiem dojechała Auri i Jarek P. Ale to nie koniec sympatycznej ferajny. Od strony Legnicy dojechała kolejna dwójka harpaganów, a mianowicie Krzysiek ze swoją córką Ulą. 
Ula to nowy narybek, a jej pierwsza wycieczka to megaprzetarcie na Przełęczy Karkonoskiej. Po tej wyrypie już na polu namiotowym myślałem, że zaliczy zgon i długo nie wsiądzie na rower. A tu niespodzianka, bo pojawiła się z Krzyśkiem na starcie. Około 10.00 wystartowaliśmy z Malczyc w stronę Lubiąża po drodze testując nowy szlak rowerowy poprowadzony po wale przeciwpowodziowym. Pierwszy przystanek to majestatyczny Lubiąż z odremontowaną fasadą frontową. Akurat trafiliśmy na piknik historyczny, więc było trochę hałasu, bo wojowie strzelali na wiwat (niestety nie na naszą cześć). Po szybkim drugim śniadaniu wbiliśmy się na ścieżkę rowerową poprowadzoną po dawnym śladzie kolejki Lubiąż - Wołów. Pogoda zrobiła się brylantowa, droga w idealnym asfalcie i po drodze pokusy w postaci dojrzałych jabłek, śliwek i innych dziwnych owoców. Wszystko to sprawiło, że poczuliśmy się jak na sielskich wakacjach. Dojechaliśmy do Wołowa i po przedarciu się przez hałaśliwe miasto postanowiliśmy zrobić kolejną przerwę, tym razem na kawę i słodycze, ponieważ później czekała na nas sekcja terenowa. Po ulewnych deszczach leśna droga prowadziła nas przez niezliczone kałuże i błoto, jednak wszystkie rumaki zdały ten jakże wymagający test. Przy leśnym stawiku kolejna przerwa i krótki odpoczynek. Chyba po raz pierwszy spotkałem się z uwagą, że chyba tych przerw jest odrobinę za dużo… Kolejnym przystankiem miała być pizzeria w Brzegu Dolnym, w końcu zbliżała się pora obiadowa. Śliczną ścieżką leśno-polną dojechaliśmy do miasta i po chwili poszukiwań trafiliśmy do knajpki. Złożyliśmy zamówienie na włoski specjał i relaksowaliśmy się przy bąbelkach. Po chwili zajadaliśmy się smaczną pizzą z dodatkiem wykwintnego sosu, jaki Jarek znalazł w swojej pojemnej sakwie. Po takim sytym posiłku ciężko było ruszyć w dalszą drogę. Jednak czas nieubłaganie płynął, a do Wrocławia droga jeszcze daleka. Przejechaliśmy przez most na Odrze i rozpędzeni wpadliśmy do Łąkoszyc. Od tego miejsca poprzez bardzo przyjemną leśną sekcją typu Single Track dobiliśmy do Zamku na Wodzie. Tam kolejna krótka przerwa i kierunek do Leśnicy. Koło zamku w Leśnicy trafiliśmy na plenerową wystawę wierszy. Na zakończenie wspólne zdjęcie przez leśnickim zamkiem i odwieźliśmy Ulę i Krzyśka na stację Wrocław - Leśnica. Upewniliśmy się, że udało im się dostać na pokład pociągu i powróciliśmy do centrum Leśnicy. Tam odtrąbiliśmy koniec wycieczki i prawie każdy udał się w stronę swojego domu. To była udana wakacyjna sobota. Na zakończenie podsumowanie Uli - "w porównaniu do Karkonoskiej to był light :)".

piątek, 10 grudzień 2021 20:04

Karkonoska 2021

Oceń ten artykuł
(6 głosów)

To była już 6 edycja wręcz kultowej wycieczki przez Przełęcz Karkonoską. 2 kraje, 2 krainy i prawie stukilometrowa morderczo trudna wyprawa przez góry. Rano, na dworcu we Wrocławiu, pojawia się spory problem. Mało sympatyczna konduktorka nie zezwala nam na wejście na pokład pociągu. Aż chce się siarczyście zakląć pod nosem „motyla noga”! Czyżby atrakcyjna wyrypa miałaby zostać odwołana? Absolutnie nie! Czekamy na kolejny pociąg, do którego udaje nam się jakoś z rowerami wepchnąć. Startujemy z opóźnieniem z nowo wyremontowanej stacji Jelenia Góra Cieplice. Tam spotykamy jeszcze spadochroniarzy z Legnicy, a mianowicie Krzysia i jego sympatyczną córkę Ulę, obdarzoną promiennym uśmiechem. Cóż, jeszcze nie wie, co ją czeka. Standardowo przemykamy wąskim przesmykiem pośród targowych straganów. Jednak tym razem nie będziemy kupować barchanowej bielizny i kalesonów. Przez zielono-bordową alejkę drzew parku zdrojowego żegnamy miasto. Mijamy najwyżej położony kompleks stawów w Europie - założone przez Cystersów stawy w Podgórzynie. W oddali w pełnej krasie widać majestatyczne pasmo Karkonoszy. Rozpoczynamy wspinaczkę. Ponad 10 km walki i momentami piekielnie stromego podjazdu, zwanego przez niektórych szosowców „ścianą śmierci” o nachyleniu ponad 20%. Pomału mozolnie pod górę mijamy ostatnie zabudowania uzdrowiskowej Przesieki. Tutaj spotykamy się z dwójką ostatnich wycieczkowych śmiałków czyli „marchewkową” Ulą i silnym jak tur – Koniem. Teraz już cała grupa -łącznie 7 rowerowych mrówek - rozpoczyna samotną walkę ze swoimi słabościami. Cały czas pod górę, pot zalewa oczy, oddech jak u ryby bez wody, zawrotne tempo 3-4 km/h. Ja nie daję rady. 500 m przed przełęczą zsiadam z roweru i mozolnie pcham rumaka  pod górę. Inni zawodnicy są dużo lepsi ode mnie, udaje im się rowerowo wdrapać na karkonoski dach. Po chwili wszystkie Zuchy meldują się na Przełęczy. Przepiękne widoki z nawiązką rekompensują cały ten podjazdowy trud. Uśmiechnięci, niczym gwiazdy filmowe, pozujemy do pamiątkowego zdjęcia. Teraz wielka nagroda, czyli gładki asfaltowy zjazd. Wymykam się nieco szybciej, aby nakręcić krótki filmik. Za chwilę towarzystwo mija mnie z zawrotną prędkością. Szybko wsiadam na rower i próbuję ich dogonić. Pędzę w dół ryzykując kolejne złamanie moich kruchych, jak kryształ z Huty Julia, kości. Na liczniku mam ponad 50 km/h, a Ich nie widać. Ile Oni pędzą na dół? Ze 100 km/h? Wszyscy spotykamy się Szpindlerowy Młynie i razem jedziemy śliczną dolinką w stronę Vrchlabi. Tam przerwa na posiłek i bursztynowy trunek o nazwie „Krakonosz”. Tylko ważone od XIII wieku w Trutnovie piwo może nosić tak zaszczytną nazwę. Po przerwie ruszamy dalej pagórkami do Cernego Dula. Znów kolejny mozolny podjazd do kurortu Janske Lazne, będącego zimową mekką dla narciarzy. Kolejny zjazd i zakupy w klimatycznym czeskim sklepiku.  

Następnie ostatni asfaltowy podjazd na Przełęcz Okraj, która jest najwyżej położonym przejściem granicznym w Polsce. Potem zjazd pięknie wyremontowaną szosą do Kowar, nie dający nawet chwili wytchnienia. Zakręt w lewo, w prawo, dalej prosto - droga jak w rowerowym raju. Jeszcze tylko szybkie zakupy na obiadokolację i na camping. Zmęczenie powoli daje znać o sobie. Jeszcze tylko wspólna uroczysta kolacja z niezbyt wyszukaną strawą i zasłużony odpoczynek pod namiotem, który jest niczym 5 gwiazdkowy apartament. Ponad 1900 metrów samych podjazdów w jeden dzień, na huśtawce wymagających przełęczy, wśród zapierających dech widoków i pięknej zieleni. Wielkie brawa dla wszystkich wycieczkowych szaleńców a w szczególności dla najmłodszej Uli, która zdała rowerowy egzamin na szóstkę.

piątek, 20 grudzień 2019 19:03

Kan(n)ie na Sawannie

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

Jeśli myślicie, że Góry Stołowe to tylko Szczeliniec i Błędne Skały to się mylicie! W pierwszy weekend października wybraliśmy się na wędrówkę po Stołowych szlakiem nieoczywistym. W poszukiwaniu jesiennych kolorów zajechaliśmy do miejscowości Łężyce koło Dusznik Zdrój (nie mylić z Łężycą, koło Zielonej Góry…).

Polska złota jesień w sobotę niestety nie była nam dana. Przywitała nas jesienna plucha i wysiadając z samochodów każdy z nas zadawał sobie pytanie – iść, czy nie iść... Z jednej strony cieplutki, suchy hotelowy pokoik, a z drugiej górska wycieczka w strugach nieprzerwanie lejącego deszczu.

W końcu wyposażeni w wiele przeciwdeszczowych gadżetów (łącznie z parasolką, która okazała się moim nieodłącznym towarzyszem tego dnia) oraz zapas prowiantu i ciepłej herbaty dzielnie ruszyliśmy w góry. Na zapierające dech panoramy tym razem nie było co liczyć, gdyż wszędzie rozciągała się gęsta mgła, przecinana tylko padającym deszczem. Ale przynajmniej nie przeciskaliśmy się przez tłumy turystów, niewielu było spacerowiczów na górskich szlakach. No i był mistyczny klimacik. Poza deszczem było zaskakująco ciepło - idealna kombinacja warunków dla rozwoju grzybów. I faktycznie na pierwsze jesienne dary lasu nie trzeba było długo czekać. Wystarczyło schylić się po jednego podgrzybka, a zza krzaczka wychylał się kolejny i następny. I tak ten deszczowy spacer między skałkami zamienił się w owocne grzybobranie.

W niedzielę, zachęceni znaczącą poprawą warunków pogodowych, wyruszyliśmy na drugą stronę doliny, gdzie rozciągają się wspaniałe sawanny. Tak tak, można było się poczuć jak na sawannie afrykańskiej, wśród gęstych, powiewających na wietrze traw gdzieniegdzie wyrastały pojedyncze drzewa. Klimatu dodawały rozrzucone niedbale skałki, zza których w każdej chwili mógł wyłonić się dziki zwierz. Może nie gepard, ale jeleń czy lis na pewno. Brnąc po górskiej sawannie zachwycił mnie jeszcze jeden wspaniały i jakże smakowity widok. Na sawannie rosły KANIE! Wielkie jak talerze, a niektóre większe od patelni. Radości z polowania na kanie (te grzybowe, nie latające) nie było końca. Po zrzuceniu grzybowego depozytu w tajnym miejscu odwiedziliśmy jeszcze jeden niezwykle ciekawy obiekt w tej okolicy, a mianowicie świątynię buddyjską (!). W jednej chwili z krajobrazów afrykańskich przenieśliśmy się do Małego Tybetu. Świątynia położona jest w odosobnieniu, otoczona zalesionymi wzgórzami, a dookoła powiewają liczne flagi modlitewne.

I tym sposobem weekendowy wypad w Góry Stołowe zaowocował wędrówką po dwóch innych kontynentach. No po prostu MAGIA!

-MagdaZ-

poniedziałek, 24 czerwiec 2019 19:49

Rzuć wszystko, wyjedź w Bieszczady

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

Czerwcowe Bieszczady

Jest taka kraina, gdzie czas płynie jakby wolniej, zgodnie z naturalnym rytmem przyrody.

Słońce grzeje goręcej, gdy pada deszcz, to siarczyście i ulewnie, a po gromkiej burzy na niebie zarysowuje się kolorowa tęcza. Bogactwo fauny i flory jest niezwykłe. Wchodząc do gęstego lasu czujesz jego nieskończoność , na każdym kroku trafiasz na rośliny niespotykane nigdzie indziej: rosłe paproci, fiołki dackie czy rozmaite gatunki ziół, których zapach tworzy niezwykle aromatyczną mieszankę. Wędrówkę po leśnych ścieżkach uprzyjemniają radosne ptasie trele. Szlaki ludzkich stóp naturalnie przecinają się ze ścieżkami dzikich zwierząt: pełzających, skaczących, fruwających. Tylko tu zobaczysz fioletowego ślimaka, nakrapiane żuczki wielkości pięciozłotówki czy wyjątkowo krwiożercze, przerośnięte mrówki, z którymi spotkanie do przyjemnych nie należy (szczególnie jak drewno na ognisko próbujesz wyciągnąć z mrowiska). Wszystko żyje, pachnie, oddycha… Przy odrobinie szczęścia (albo i pecha, w zależności od okoliczności) można trafić na tropy rysia, przemykającego zająca, pasące się sarny lub ślady bytności potężnego króla tych ziem - niedźwiedzia. Po niekiedy żmudnym podejściu pod górę i przekroczeniu linii lasu czeka na Ciebie nagroda. Wkraczasz na połoniny - soczyste, zielone polany, z których po horyzont rozpościerają się wspaniałe widoki pasm górskich. W czerwcowym słońcu intensywność zieleni jest nienaturalna, jakby podrasowana w photoshopie. Można godzinami spacerować granią przenosząc się z jednej połoniny na kolejną. Albo można też tak po prostu zasiąść na skale, cieszyć oczy pięknem przyrody i nie robić absolutnie nic, a przy tym mieć poczucie, że nie jest to czas stracony. Po wielogodzinnej wędrówce przyjemnie zamoczyć nogi w Sanie, a dzień zakończyć smakowitą kiełbaską z ogniska w towarzystwie zachodzącego słońca.

W tej niezwykłej krainie żyją też niezwykli ludzie: kowboje na huculskich koniach, pędzący środkiem drogi stada krów i silne, niezniszczalne kobiety, o których krążą bieszczadzkie legendy. To tutaj w gęstych zaroślach natrafisz na pozostałości dawnych zabudowań, opustoszałe ruiny cerkwi św. Paraskewy i maleńki cmentarzyk - to jedyne, co pozostało po niegdyś licznie zamieszkałej wsi Krywe. Warto zapoznać się z historią tego miejsca, aby jeszcze bardziej poczuć klimat i atmosferę tych gór.

Tak więc, gdy odczuwasz zmęczenie miejską gonitwą, chcesz odpocząć od pracy, ludzi, cywilizacji, smogu i odetchnąć pełną piersią, kiedy po prostu masz wszystkiego dość… rzuć wszystko i wyjedź w BIESZCZADY! Choćby na kilka dni Laughing

poniedziałek, 04 marzec 2019 21:16

Leśna Chatka

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

Leśna chatka, to mały, przytulny domek w Nowej Morawie. Chatka z drewnianym tarasem z widokiem na góry, z huśtawką na drzewie, ciepłym kominkiem i ciekawym wystrojem. Tam właśnie spędziliśmy ostatnio weekend.

Wyjechaliśmy z Wrocławia już w piątek po południu, by wieczorem znaleźć się w środku zimy. Przywitał nas śnieg, lekki mróz, niebo pełne gwiazd… I wesoły ogień w kominku… Idealny czas i miejsce, by świętować okrąglutkie urodziny naszej niezastąpionej szefki. Był tort, świeczki, „sto lat” odśpiewane na kilka możliwych sposobów i wszystko, co w trakcie świętowania być powinno. I tak z tortem i winem wkroczyliśmy w sobotę.

A sobotni poranek powitał nas słońcem i piękną pogodą, która zresztą towarzyszyła nam przez cały wyjazd. Prezes ma chyba jakieś układy tam u góry, bo to już nie pierwszy wypad z tak cudną aurą. Po śniadaniu, z kanapkami w plecakach, raczkami na butach i kijkami w garści ruszyliśmy pod górę, by zagłębić się w zimowym lesie i, w śniegu, oczywiście.

Na początku trochę na dziko, więc nieco się zapadaliśmy, ale potem, gdy wyszliśmy na szlaki, przygotowane pod biegówki, szło się już bardzo dobrze. Mozolnie i systematycznie pięliśmy się pod górę, by w pełnym słońcu wdrapać się na najwyższy szczyt w okolicy. Zaśnieżony Śnieżnik był tym razem w dobrym humorze. Powitał nas rozległymi widokami i błękitnym niebem. Szybka kanapka, sesja zdjęciowa i schodzimy, bo wieje i robi się chłodno, a w kamienickim browarze czeka na nas zarezerwowany stolik i obiad. Zejście dość długie, ale niezbyt męczące. Potem jeszcze trzeba przejść asfaltem prawie przez całą Kamienicę, by w końcu zasiąść w ciepełku i posilić się po całym dniu wędrówki.

Rozleniwiliśmy się trochę przy piwie i grzanym winie i w konsekwencji do chatki wróciliśmy już najprostszą z możliwych dróg. Rozsiedliśmy się w sali kominkowej, by spędzić razem kolejny, miły wieczór.

Niedziela okazała się równie piękna jak sobota. Zrobiło się naprawdę ciepło. Poranek upłynął nam na śniadaniu, pakowaniu, zjazdach na jabłuszkach z pobliskiej górki i ogólnie na podziwianiu okolicy. Potem grupa nam się rozdzieliła. Niektórzy uznali, że mają już dość i nigdzie dzisiaj nie idą, pozostali zaś stwierdzili, że pogoda jest taka, że żal jej nie wykorzystać.

Naszym niedzielnym celem była najpierw Sucha Przełęcz. Długie podejście po wyratrakowanym szlaku, podczas którego zrobiło się nam naprawdę ciepło. Potem trochę na dziko, zapadając się w śniegu i rzucając śnieżkami i znaleźliśmy się po czeskiej stronie. Postanowiliśmy zjeść obiad u naszych południowych sąsiadów, więc pomaszerowaliśmy do odległej o 4km hospody. Niestety, obiadu dla niektórych brakło, ale za to pysznych knedlików z borówkami było pod dostatkiem.

Pokrzepieni i zadowoleni ruszyliśmy w drogę powrotną. Tym razem po własnych śladach, co nam się rzadko zdarza. Przed nami było jeszcze około 12 km zaśnieżonego lasu, powoli chylącego się ku zachodowi słońca, bezchmurnego nieba i spokoju gór.

Do busa doszliśmy już po zmroku i tu zakończyła się nasza śnieżnicka przygoda.

A z ciekawostek… Jeśli ktoś myśli, że nie da się przejść kilkunastu kilometrów po śniegu w klapkach, to się myli. Da się, wystarczy tylko, żeby buty odmówiły współpracy… Heh.

-AgaN-

p.s. Szacun dla Mariusza.

Galeria.

Strona 1 z 12