Główna zawartość

poniedziałek, 16 lipiec 2018 21:10

Karkonosze z sakwami

Oceń ten artykuł
(5 głosów)

W Sobotę 30.06.2018 r. w pociągu KD melduje się łącznie 9 sympatyków, jakże prężnie działającego Stowarzyszenia Razem Bezpiecznie. Start w Cieplicach, w pełnej uroku dzielnicy Jeleniej Góry. Tutejsze wody lecznicze osiągają temperaturę aż do ponad 80ºC (najwyżej w Polsce). Do wyboru mieliśmy dwie rowerowe trasy: pierwsza około 16 km i łącznie około 100 m podjazdu oraz druga niebywale trudna, wręcz mordercza o długości około 100 km i łącznie około 1 900 m podjazdów. O dziwo wygrała druga opcja.
Na początek wisienka na smakowitym torcie, czyli ponad 11 km podjazdu na Przełęcz Karkonoską. Przewyższenie raptem 841 m. Naprawdę niewielu jest śmiałków, którzy podjęli rękawicę i wspinali się tam rowerem objuczonym sakwami. Ciągle pod górę, bez chwili wytchnienia, tempo pieszego, pot zalewa skronie, ciężko ustabilizować oddech. Do tego przejmująca cisza i własne myśli, które nasuwają oczywiste pytanie: co ja tutaj, do cholery, robię? Na szczęście widok przełęczy wynagradza prawie wszystko. Pomimo huraganowego wiatru i temperatury prawie zimowej na duszy robi się ciepło i lekko. Jeszcze tylko wspólne selfie i czas jechać dalej. Teraz nagroda - fenomenalny zjazd, na którym można bić rekordy rowerowych prędkości. Krótka postój w Szpindlerowy Młynie, bo trzeba pozbyć się zimowych kurtek. Przerwa w rodinným pivovarze Hendrych, w którym piwo smakuje jak ambrozja. Jednak czas w drogę, przejeżdżamy koło zachwycającego renesansowego pałacu w Vrchlabi. Następnie dalej pagórkami do Cernego Dula. Znowu kolejny mozolny podjazd do kurortu Janske Lazne, będącego zimową mekką dla narciarzy. Nas tym razem niesamowicie kusi ścieżka w koronach drzew w Karkonoszach wraz z wieżą widokową. Czas płynie nieubłaganie. Na pole namiotowe najlepiej dotrzeć przed zmrokiem. Kolejny zjazd na łeb na szyję jak kolejka w lunaparku. I ostatni podjazd, trzeci już na trasie, pod ostatnią przełęcz tego etapu po raz pierwszy powołaną na scenę trasy Karkonosze z Sakwami. Mordercza wspinaczka przez prawie 16 km z wysokości 480 m na 1046 m n.p.m. Najpierw łagodnie, pięknie, zielono, prawie płasko zupełnie, a następnie po szutrze 14% w górę. Pod Lycenska Boude rowery tachaliśmy pod górę niczym wielbłądy. Ale w końcu jest i Przełęcz Okraj, która była najwyżej położonym przejściem granicznym w Polsce, a po modernizacji drogi w 1937 r. była także świadkiem inwazji Wermachtu na Czechosłowację. Następnie zjazd do Kowar nie dający nawet chwili wytchnienia. Droga niczym ser szwajcarski Premium – z wielkimi dziurami. Jeszcze tylko szybkie zakupy na obiadokolację i na camping. Zmęczenie powoli daje znać o sobie. Wspólna kolacja z niezbyt wyszukaną strawą i zasłużony odpoczynek. Ponad 1900 metrów samych podjazdów w jeden dzień. Takie odcinki są tylko na Tour de France i …. oczywiście na trasie Karkonosze z sakwami!

Niedziela 1.07.2018 r. - poranek rześki, śniadanie, szybka kawa i w drogę. O 10.30 jesteśmy już w trasie. Wąskimi ścieżkami przez poszarpane pagórki docieramy do pięknego Zamku Karpniki. Tylko miejscowy kasztelan nie przepada za rowerzystami. Następnie Przełęcz Karpnicka tym razem wydaje się nadzwyczaj łatwa, niska… Następnie zjazd do Janowic Wielkich. Ula z Jarkiem odmeldowują się i wracają pociągiem. Cóż, z Mistrzostwami Świata w piłce nożnej jeszcze nikt nie wygrał. Wspinamy się do Miedzianki, a następnie podziwiając przepiękną panoramę wpadamy do Marciszowa. Krętą dróżką wijącą się jak wąż boa docieramy do Sędzisława. Tam mały piknik na miejscowym placu zabaw i dalej w stronę Wrocławia. Jeszcze tylko parę pagórków i docieramy do mety w Świebodzicach. Ostatnim akordem jest knajpka, a w niej wyborna zupa gulaszowa, której niestety zabrakło…
p.s.
Wielkie słowa uznania dla Wszystkich Uczestników.

-Wojtas-

poniedziałek, 14 maj 2018 21:21

Chochoł, czyli krokus pokus

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

„Góry moje, wierchy moje otwórzcie swe ramiona…” i otworzyły… Powitały nas dostojne i majestatyczne, dając słońce, wiatr, ośnieżone szczyty i, oczywiście, krokusy. Piękny kwietniowy weekend w Tatrach, to niezapomniane wrażenia i na długo naładowane akumulatory.

Zaczęliśmy już w piątek od kilkugodzinnego spaceru przez Dolinę Kościeliską, ścieżką nad reglami i Dolinę Chochołowską, by wrócić do Kir, gdzie w pensjonacie Szarotka u przemiłej Pani Ani mieliśmy przyjemność spędzić dwie noce. Pensjonat jest godny polecenia pod każdym względem, a Pani Ania po prostu wie, jak to się robi.

Piątkowa wycieczka, wprawdzie krótka, ale na rozruszanie się w sam raz. Już tu mogliśmy się przekonać, że krokusy są i, że jeśli słonko dopisze, to będzie ich coraz więcej. Jednak śniegu i lodu nie brakowało, a niektórzy z nas odkryli niesamowitą wygodę płynącą z posiadania raczków. Zejście w nich po lodzie i śniegu nie sprawiało żadnych trudności. Ot, mała rzecz, a cieszy.

Po wycieczce i smacznym obiadku – a raczej obiadokolacji, wróciliśmy do Szarotki, gdzie czekając na resztę ekipy, która miała dojechać wieczorem, niektórzy z nas ku ogromnej uciesze pozostałych rozegrali pierwszą w życiu partyjkę w bilard. Jak to człowiek nie wie, kiedy się czegoś nowego nauczy.

W sobotę postanowiliśmy zaatakować Ornak, jak się okazało przez wielkie O. Najpierw spacer Doliną Kościeliską do schroniska pod Ornakiem. Już w dolinie raczki się przydały, gdyż w bardziej ocienionych miejscach pokryta była lodem. Za to w bardziej nasłonecznionych pokazywała nam przepiękne małe fioletowe główki krokusów. Nęciła widokiem ośnieżonych szczytów i zapraszała szumem potoku. I jak tu się nie poddać magii Tatr? Gdyby jeszcze ludzi było mniej… No, ale ponoć nie można mieć wszystkiego na raz, choć ja nie wiem dlaczego…

W schronisku chwila przerwy, po czym ruszamy na Iwaniacką Przełęcz. Tu już coraz więcej śniegu i lodu, a im wyżej, tym bardziej zimowa sceneria. Śnie, słońce, góry, las… Pięknie.

Na przełęczy krótka dyskusja i decyzja – idziemy dalej, na Ornak, jak braknie czasu, to najwyżej zawrócimy. I, niestety, brakło. Przepiękne, niesamowite podejście w śniegu. Zapaść się po kolana, prawie norma, po pas, też się zdarzało. Za to jakie widoki! Na grzbiet wyszliśmy wszyscy i w zasadzie zegarki powiedziały resztę. Dla niektórych z nas to pierwsze takie zimowe wyjście. Na grzbiecie bardzo mocno wiało, ale pogoda była cudna. Teraz pozostało nam już tylko zejście po własnych śladach. Miejscami bardzo stromo, zjeżdżając po śniegu na tyłkach bądź plecakach. Na Przełęczy Iwaniackiej byliśmy już dość późno, więc wróciliśmy do schroniska pod Ornakiem i Doliną Kościeliską do Szarotki.

Ale to jeszcze nie koniec wrażeń na dzisiaj. Po tak intensywnym wysiłku należy się odrobina przyjemności, więc pojechaliśmy do term chochołowskich, by rozgrzać się w ciepłych basenach z widokiem na Tatry. Baseny solankowe, kąpiele siarkowe, masaże wodne – cóż może być bardziej kojącego dla zmęczonych mięśni… Wymoczone i odprężone wróciłyśmy do pensjonatu na zasłużony odpoczynek.

No i niedziela, nasz ostatni dzień w Tatrach. Słońca nie brakuje, krokusów coraz więcej, czyli jest wszystko, czego nam trzeba. Znów zaczynamy od Doliny Kościeliskiej i ścieżką nad reglami dochodzimy do Doliny Chochołowskiej. Postanawiamy dojść do Polany Chochołowskiej mimo tłumów ciągnących w tamtą stronę. W zatłoczonych galeriach bywa mniej ludzi, ale twardo brniemy naprzód, narzucając możliwie najszybsze tempo. W końcu jest, Polana Chochołowska w pełnej krasie. No i było warto! Utonęliśmy w fioletach, całe połacie wyciągających główki do słońca krokusów. Zachwyt, wszechogarniający i niepodzielnie panujący. Trudno oczy oderwać od tych cudowności…

Punkt kulminacyjny został osiągnięty. Teraz trzeba wrócić. Dolinę Chochołowską pokonaliśmy w 75 min., by potem wyłożyć się w trawie na Siwej Polanie. Jeszcze tylko godzinka drogą pod reglami, gdzie też nie brakuje krokusowych polanek, obiad, bardzo zresztą smaczny i jedziemy do domu, z żalem opuszczając Tatry i gościnny pensjonat Pani Ani.

Tatry, oglądane znów po ponad dziesięciu latach, po raz kolejny pokazują, że są po prostu piękne, niesamowite, dostojne, że potrafią zauroczyć i zapaść głęboko w serce. Ba, znów zauroczyły i pozwoliły łaskawie się w sobie zakochać…

-Aga-

Galeria.

poniedziałek, 23 kwiecień 2018 21:33

Kaloria

Oceń ten artykuł
(9 głosów)

Kaloria

Wolna sobota, godz. 5:45, budzik nieznośnie przypomina o swoim istnieniu. Aby tylko nie wstawać, próbuję znaleźć jakąś wymówkę jak uczeń, który nie chce iść do szkoły. Niestety wycieczka nie może zostać odwołana, więc z trudem odnajduje drogę do łazienki. Minuty lecą nieubłaganie, jeszcze tylko parę porannych kalorii i w drogę na dworzec, aby się nie spóźnić. O dziwo, pomimo nieludzko wczesnej pory, na dworcu PKP melduje się cała ekipa. Jeszcze tylko szybko przeprowadzony prze Ulę kurs zakupu biletów kolejowych przez automat i możemy gonić na peron.
Pociąg pojawił się około 10 minut po czasie – czyli nie tylko ja miałem kłopoty z porannym wstawaniem.
Tłum podróżnych zaczął napierać do wejścia jak do hipermarketu , który organizuje kuszące promocje. Na szczęście Jarek poukładał w środku rowery niczym ekspert osiągający najwyższe levele w legendarnej grze TETRIS. Pani Konduktor z podziwem kiwa głową. Spóźnieni ruszamy, pociąg z impetem przecina pola poukładane jak babcine chodniczki pozszywane z kolorowych kawałków. Do Kłodzka dojeżdżamy o czasie. Szybko i sprawnie wszystkie rowery lądują na peronie.

Startujemy w mieście, gdzie może się w głowie zakręcić od zabytków i atrakcji. Mijamy Klasztor Ojców Franciszkanów oraz Kościół pw. Matki Bożej Różańcowej, a następnie dumnie przemierzamy gotycki most Św. Jana na Młynówce, którego powstanie dotuje się na 1286 rok. Wjeżdżamy na plac Bolesława Chrobrego, na którym dumnie pręży się miejski ratusz z renesansową wieżą. Przemierzamy wspólnie wąskie kręte uliczki czując się odrobinę jak we włoskich miasteczkach. Szkoda tylko, że podziemna trasa turystyczna nie jest przystosowana dla jednośladów...
Jeszcze nie minęło 15 min wycieczki, a już w wąskich uliczkach gubimy pierwszego uczestnika. Jednak szybka i sprawna akcja ratunkowa sprawiła, że po chwili ochoczo dołączył do kolorowego peletonu.
Mijamy pierwsze pagórki i  docieramy do miejscowości Wojbórz. To chyba tylko tutaj mieszkańcy mają za czyste powietrze. Tylko tak można wytłumaczyć fakt pozostawiania odpalonego starego diesel'a tuż pod oknami sklepu spożywczego.

Po chwili odpoczynku rozpoczynamy pierwszy w tym roku poważny podjazd. Prawie 5 km pod górę, to już nie są przelewki. Peleton rwie się jak wysłużony stary szalik. Powoli każdy swoim tempem osiąga przełęcz Wilczą i zarazem najwyższy punkt dzisiejszej wycieczki, czyli 546 m n.p.m . Czas na zasłużony odpoczynek, małą przekąskę i kawę serwowaną z grilla smakującą niczym wyborne włoskie espresso. W grupie szampańska atmosfera, aczkolwiek poziom opowiadanych dowcipów pozostawia wiele do życzenia. Nic to, czas się zbierać w drogę. Teraz szaleńczy zjazd w dół, zakręt w lewo, w prawo, prosta i pierwszy raz w tym roku wspaniałe uczucie wiatru we włosach.
Następnie dojeżdżamy do oddalonego odrobinę od głównej drogi odnowionego wiaduktu kolejowego koło Żdonowa będącego „mekką” wspinaczy. Jednak nikt z nas nie podejmuje rękawicy i nie próbuje zmierzyć się z ponad 24 m wysokością. Wiadukt Żdanowski zwany Mostem Dziewiczym został zbudowany dokładnie w 1901 roku i jest pozostałością po Kolei Sowiogórskiej, która lata świetności ma już niestety za sobą. Wracamy na trasę i u podnóża Gór Sowich kierujemy się w stronę Bielawy. Pogoda miłosiernie głaska nas po plecach delikatnym wiatrem. Błękitne niebo zalotnie zerka zza białych obłoków.

Szybki zjazd pięknym wypolerowanym  asfaltem i wpadamy do Bielawy mijając osobliwy kościół przebudowany w stylu neoromańskim, w którym na gzymsach zostały umieszczone wizerunki różnych zwierząt. Następnie jedziemy nad „morze” sudeckie, czyli Zbiornik Sudety, który mieszkańcom Bielawy kojarzy się nie tylko z pięknym widokiem tafli wody na tle majestatycznych Gór Sowich, romantycznymi wieczornymi spacerami, ale również wędkarzami, którzy wysiadują na brzegu zbiornika w oczekiwaniu na wielką rybę.

Powoli zaczynamy odczuwać ssanie w żołądkach. To najwyższy czas, aby odwiedzić regeneracyjny bufet. W końcu nazwa wycieczki, czyli Kaloria, do czegoś zobowiązuje.

Terenową ścieżką szutrową wjeżdżamy do Pieszyc. Następnie już asfaltową docieramy do Dzierżoniowa. Nieopodal rynku w pewnym barze od 1976 r. serwowany jest prosty i sycący posiłek, doskonały na śniadanie, lunch, a nawet obiad, jeśli zaserwujemy go w towarzystwie sałatki. Owa tajemnicza przekąska to chrupiący tost, który po przejechaniu 50 km smakuje wykwintnie. Następnie zaintrygowani profesjonalną reklamą „Czeskie piwo/ Polska muzyka/ Włoski temperament” odwiedzamy restaurację Pod Gargulcem. Kwietniowe słońce mocno przygrzewa w letnim ogródku, a czas nieubłaganie leci. Myliłby się jednak ten, kto by myślał, że wycieczka zakończy się w Dzierżoniowie. Nikt nie wyraził chęci na skrócenie trasy i powrót pociągiem do Wrocławia. Sprawnie opuszczamy gościnny miasto Diory, czyli legendy polskiej elektroniki. Autostradę rowerową suniemy w kierunku Tuszyna. Tempo mocno wzrosło/przełożenie 3x8.

Mijamy majestatyczny masyw Ślęży po drodze organizując wyścigi z ciągnikiem. Nieskromnie dodam tylko, że ów harcownik nie miał z nami najmniejszych szans.
Pędzimy w stronę Mietkowa z nadzieją na kolejne uzupełnienie bufetu. Na miejscu niemałe rozczarowanie, albowiem w środku baru odbywa się zamknięta impreza. Cóż było robić, trzeba wsiadać na rower i jechać dalej, w końcu w Kątach Wrocławskich są słynne lody. Wszyscy mocno pochyleni, prawie wtuleni w kierownicę wjeżdżamy do Kątów. Szybkie uzupełnienie utraconych kalorii w cukierni i pierwsze pożegnania.
Słońce powoli zachodzi i na dworze robi się powoli szaro i mrocznie.
Wpadamy do Wrocławia o godz. 20:15, czyli tylko 15 min po czasie mając przejechane około 120 km. Powoli wszyscy rozjeżdżają się do swoich domów. Ja wracam z jednym mocnym postanowieniem: jutro śpię do 9.00.

- Wojtas -

 

piątek, 02 marzec 2018 19:16

Bohema

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

                Tym razem znów jedziemy do południowych sąsiadów. Naszym celem jest Czeska Szwajcaria, kraina znana turystom już ponad dwieście lat. To świat przepięknych krajobrazów, niesamowitych form skalnych i piaskowca, miejsce rozsławione przez niemieckich malarzy, w którym odpoczywał ponoć Jan Christian Andersen. Pierwszy przewodnik po Czeskiej Szwajcarii pojawił się w latach trzydziestych XIX wieku, a obecnie obszar ten odwiedzają tłumy turystów. No chyba że jest zimno i pada…

                Przygodę z Czeską Szwajcarią rozpoczęliśmy od zakwaterowania się w niewielkim, przytulnym pensjonacie i sprawdzenia jedynej czynnej hospody. A potem poszliśmy połazić po okolicznych skałkach. Urokliwe i malownicze z rozległymi widokami urzekły nas wszystkich. W dodatku nie wysokie, za to pełne schodów, stopni, poręczy, barierek i innych udogodnień. Znalazły się nawet jakieś łańcuchy i parę klamer.

                Nasycenie widokami, mając przedsmak tego, co czeka nas w kolejnych dniach, zakończyliśmy wieczór obiadem w hospodzie.

                Sobotni poranek powitał nas deszczem. W sumie nie bardzo nam się to podobało, ale prognozy były pocieszające, a humory, jak zawsze, nam dopisywały. Dobrze, że mieliśmy zamówione podwójne śniadania z myślą o kanapkach na drogę, bo jedyny sklep w okolicy właśnie był w remoncie.

                Koło dziesiątej ruszyliśmy w drogę. Deszcz już się prawie uspokoił. Coś tam jeszcze mżyło i nawilżało nam cerę, ale specjalnie nikomu to nie przeszkadzało. Najpierw trasa wiodła bardzo grzecznie po drogach i leśnych duktach, by potem zanurzyć się w lesie, pełnym mgły, mrocznym i tajemniczym. To właśnie tu cierpiał młody Werter i, sądząc po scenerii, mogło mu to nieźle wychodzić…

                W końcu grzeczne ścieżki się skończyły i zagłębiliśmy się w wąwóz. Droga biegła w dół po kamieniach i korzeniach, a skały z obu stron były nieraz tak blisko, że wystarczyło rozłożyć ramiona, by ich dotknąć. I człowiek miał dylemat, gdzie tu patrzeć? Pod nogi, żeby sobie zębów nie wybić, czy wokół siebie, bo magicznie i pięknie?

                Po wąwozie przyszedł czas na ścieżkę przy potoku. Tu już szeroko i wygodnie. Wszędzie sporo powalonych drzew, to ślady po niedawnym huraganie. Potem kawałek ścieżką dydaktyczną i zaczynamy podejście na najwyższy w okolicy szczyt, trochę ponad 600 m n. p. m. Mimo chłodu wszyscy porządnie się spociliśmy. Na górze było nawet trochę śniegu jak na styczeń przystało.

                Schodzimy już na dół. Cały czas lasem, przyjemnie, spokojnie, by po jakimś czasie dojść do starego młyna, ulubionego miejsca czeskich reżyserów filmowych. Po krótkiej przerwie na ostatnie kanapki schodzimy do naszej miejscowości na obiad. A w czeskiej hospodzie niespodzianka: trafiamy wprost na imprezę i nawiązujemy dobre stosunki polsko – czeskie. Jest gitara, są łyżki, które robią za kastaniety, jest wspólne śpiewanie, a nawet taniec. Znalazł się też rum „własnej” roboty. Jeszcze następnego dnia śpiewamy „ja mam rad svarene wino czerwene”. Wieczór kończymy już w świetlicy naszego pensjonatu grą w karty, ciekawymi rozmowami i dobrymi trunkami. Ujawniają się nawet głęboko skrywane talenty artystyczne, hm.

                Ostatni dzień jest przeznaczony na Pravcicką Bramę. Szlak do niej wiedzie krętym urwiskiem. Z jednej strony niesamowite widoki na okoliczne góry, z drugiej ogromne piaskowce fantastycznie wyżłobione przez wodę. I znów nie wiadomo, gdzie patrzeć. W końcu dochodzimy do Pravcickiej Bramy. To forma skalna unikatowa na skalę Europy. I mamy ogromne szczęście, bo jest tu dziś wyjątkowo mało ludzi, a od czasu do czasu pokazuje się słońce. Nie będę opisywać tego miejsca, zdjęcia powiedzą więcej. Poza tym to jedno z takich miejsc, w których po prostu trzeba być.

                Pravcicka Brama to ostatni punkt programu w naszym wyjeździe. Teraz już tylko zejście w dół, obiad i do samochodów. Wieczorem jesteśmy już w domach, ale chyba wszyscy mamy poczucie, że to za mało i że w Czeskiej Szwajcarii zostało jeszcze wiele miejsc, które chcemy zobaczyć.

-AgaN-

Galeria

poniedziałek, 31 lipiec 2017 21:35

Wojtasowy Wołek

Oceń ten artykuł
(32 głosów)

Wołek - etap krótki i nietrudny. Pozornie.
Dojazd pociągiem pędzącym niczym legendarny "maluch" po autostradzie. Siedmiu śmiałków, którzy zamiast leniuchować w domowych pieleszach wolą poznać okolice Wrocławia.
Start z Małowic Wołowskich. To tutaj znajdziesz w niedzielę rano otwarty sklepo-pub, w którym tubylcy rozprawiają o najistotniejszych problemach współczesnego świata.
Jedziemy do Orzeszkowa mijamy na poboczu pierwszego kibica. Czyżby z wrażenia aż zasłabł... Nie, to tyko efekt sobotnich procentowych środków dopingujących. Trasa biegnie przez krainę zwaną Dolina Jezierzycy. Las przepięknie kłania się zielonymi głowami kolorów. Początkowo płasko jak po stole. Tempo mocne. Pierwsza przerwa przy drewnianej wiatce nad Stawem Czarnym. To tutaj, śpiąc w namiocie, rano odwiedzą Cię łabędzie. Kanapka podróżna smakuje niczym croque monsieur - prostota i wykwintność w jednym.
Jedziemy dalej podziwiając łabędzie. Jeden z nich nie jest zadowolony z naszej obecności i wydaje odgłosy bardziej przypominające węża boa.
Wpadamy do Starego Wołowa. Bocian na pięknej lipie z politowaniem kiwa głową - znowu Ci rowerzyści... Kończy się wygodny asfalt, a zaczyna sekcja piasku tak uwielbiana przez Darka.
RAZEM dajemy radę i dalej przez las dojeżdżamy do Miłcza. Mijamy pole słoneczników, które zamiast do nas śmieją się do słońca. Jest prawie jak na Węgrzech. Szybka kontrola czasu. Jest kwadrans przed 13.00 i decyzja - gnamy do Bagna. To miejscowość, w której w niedzielę popołudniu o pełnych godzinach zakonnicy Salwatorianie oprowadzają po swoim pałacu. Tempo ponad 30 km/h, aż ciężko złapać oddech, na szczęście przynajmniej dla mnie, trwa to tylko chwilę. Wjeżdżamy na piękny dziedziniec i stawiamy rowery na dawnym parkingu dla powozów. Po 13.00 uśmiechnięty zakonnik wprowadza nas do środka pałacu recytując historię tego miejsca.
(https://pl.wikipedia.org/wiki/Pa%C5%82ac_i_klasztor_salwatorian%C3%B3w_w_Bagnie)
Zwiedzamy jeszcze okazały ogród, w którym piękno przyrody przeplata się z filozofią.
Następny przystanek to małe podwrocławskie Mazury, czyli leśny stawik w Osoli. Jednak na próżno szukać tu jakiejś gastronomii. Jest już po południu, w brzuchach zaczyna strasznie burczeć, więc decydujemy się niezwłocznie jechać do Urazu. Tam w porcie delektujemy się „bałtycką” rybką i złocistym trunkiem, jakże błogo gaszącym pragnienie. Pozostaje przeprawa przez nieokiełznaną rzekę Odrę. Odpuszczamy jednak pomysł przeprawy wpław z rowerem. Decydujemy się na wynajęcie renomowanego armatora. Pakujemy się wszyscy na prom razem z rowerami. Ten zaczyna się niebezpiecznie kołysać niczym Titanic. Ostatecznie jednak udaje nam się dostać na stały ląd. Malowniczą drogą dojeżdżamy do nadodrzańskich wałów pięknie wykoszonych niczym łąki biebrzańskie. Na horyzoncie widać już zabudowania Wrocławia, osiedle Stabłowice. Jeszcze tylko mały labirynt domków jednorodzinnych i następuje ostatni akord. Wjeżdżamy na parking przy Hali Orbita. Wspólnie, razem, godnie. Pozostaje tylko powiedzieć „Dziękuję” i „Do zobaczenia na kolejnej rowerowej wyrypie”. 75 km to brzmi dumnie!

-Wojtas-

p.s. zdjęcie przedstawia pasażera Wojtkowego roweru - Pana Łośkiewicza

Strona 1 z 11