Główna zawartość

poniedziałek, 04 marzec 2019 21:16

Leśna Chatka

Oceń ten artykuł
(1 głos)

Leśna chatka, to mały, przytulny domek w Nowej Morawie. Chatka z drewnianym tarasem z widokiem na góry, z huśtawką na drzewie, ciepłym kominkiem i ciekawym wystrojem. Tam właśnie spędziliśmy ostatnio weekend.

Wyjechaliśmy z Wrocławia już w piątek po południu, by wieczorem znaleźć się w środku zimy. Przywitał nas śnieg, lekki mróz, niebo pełne gwiazd… I wesoły ogień w kominku… Idealny czas i miejsce, by świętować okrąglutkie urodziny naszej niezastąpionej szefki. Był tort, świeczki, „sto lat” odśpiewane na kilka możliwych sposobów i wszystko, co w trakcie świętowania być powinno. I tak z tortem i winem wkroczyliśmy w sobotę.

A sobotni poranek powitał nas słońcem i piękną pogodą, która zresztą towarzyszyła nam przez cały wyjazd. Prezes ma chyba jakieś układy tam u góry, bo to już nie pierwszy wypad z tak cudną aurą. Po śniadaniu, z kanapkami w plecakach, raczkami na butach i kijkami w garści ruszyliśmy pod górę, by zagłębić się w zimowym lesie i, w śniegu, oczywiście.

Na początku trochę na dziko, więc nieco się zapadaliśmy, ale potem, gdy wyszliśmy na szlaki, przygotowane pod biegówki, szło się już bardzo dobrze. Mozolnie i systematycznie pięliśmy się pod górę, by w pełnym słońcu wdrapać się na najwyższy szczyt w okolicy. Zaśnieżony Śnieżnik był tym razem w dobrym humorze. Powitał nas rozległymi widokami i błękitnym niebem. Szybka kanapka, sesja zdjęciowa i schodzimy, bo wieje i robi się chłodno, a w kamienickim browarze czeka na nas zarezerwowany stolik i obiad. Zejście dość długie, ale niezbyt męczące. Potem jeszcze trzeba przejść asfaltem prawie przez całą Kamienicę, by w końcu zasiąść w ciepełku i posilić się po całym dniu wędrówki.

Rozleniwiliśmy się trochę przy piwie i grzanym winie i w konsekwencji do chatki wróciliśmy już najprostszą z możliwych dróg. Rozsiedliśmy się w sali kominkowej, by spędzić razem kolejny, miły wieczór.

Niedziela okazała się równie piękna jak sobota. Zrobiło się naprawdę ciepło. Poranek upłynął nam na śniadaniu, pakowaniu, zjazdach na jabłuszkach z pobliskiej górki i ogólnie na podziwianiu okolicy. Potem grupa nam się rozdzieliła. Niektórzy uznali, że mają już dość i nigdzie dzisiaj nie idą, pozostali zaś stwierdzili, że pogoda jest taka, że żal jej nie wykorzystać.

Naszym niedzielnym celem była najpierw Sucha Przełęcz. Długie podejście po wyratrakowanym szlaku, podczas którego zrobiło się nam naprawdę ciepło. Potem trochę na dziko, zapadając się w śniegu i rzucając śnieżkami i znaleźliśmy się po czeskiej stronie. Postanowiliśmy zjeść obiad u naszych południowych sąsiadów, więc pomaszerowaliśmy do odległej o 4km hospody. Niestety, obiadu dla niektórych brakło, ale za to pysznych knedlików z borówkami było pod dostatkiem.

Pokrzepieni i zadowoleni ruszyliśmy w drogę powrotną. Tym razem po własnych śladach, co nam się rzadko zdarza. Przed nami było jeszcze około 12 km zaśnieżonego lasu, powoli chylącego się ku zachodowi słońca, bezchmurnego nieba i spokoju gór.

Do busa doszliśmy już po zmroku i tu zakończyła się nasza śnieżnicka przygoda.

A z ciekawostek… Jeśli ktoś myśli, że nie da się przejść kilkunastu kilometrów po śniegu w klapkach, to się myli. Da się, wystarczy tylko, żeby buty odmówiły współpracy… Heh.

-AgaN-

p.s. Szacun dla Mariusza.

Galeria.

środa, 12 grudzień 2018 20:54

Jeseniki

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Naszą superwycieczkę w masyw Pradziada rozpoczęliśmy piątkowego poranka. Słoneczny początek dnia sprawiał, że mieliśmy doskonałe humory, zwłaszcza, że większość z nas wyrwała się zza biurek.  Po drodze w Javorniku wyskoczyliśmy na małe zakupy z serii dla każdego według potrzeb – jedni browarki, inni czekoladę. Nasz górski hotel, do którego wjechaliśmy jak „VIP” asfaltową drogą, okazał się budynkiem z lat ’70 położonym nieopodal Pradziada, którego wierzchołek i charakterystyczną wieżę widzieliśmy z okien. Poczuliśmy się bosko- wow, jesteśmy wśród lasu i ani  trochę nie zmęczeni. Bus w drodze pod górę co prawda lekko niedomagał, ale zagłuszyliśmy dziwne dźwięki z zawieszenia głośną muzyką.

Po zakwaterowaniu ruszyliśmy w przepiękną trasę w stronę Karlovej Studanki. Śmiesznie było zaczynać trasę trochę na odwrót - idąc w dół. Po drodze podziwialiśmy widoki, a promienie jesiennego słońca i błękit nieba podnosiły nasz poziom szczęścia. Po zejściu czas było wracać w górę - tym razem inną drogą przez malowniczą dolinę rzeki, poprzecinaną drewnianymi mostkami, zwalonymi drzewami, omszonymi głazami. Trasa była wymagająca, nie raz nie dwa trzeba było robić milowe kroki pod górę i uważać na śliskie kamienie. Niemniej pokonaliśmy ją w czasie szybszym niż planowany, co pozwoliło nam jeszcze na postój w Barbarce i mały odpoczynek w drodze do hotelu. Tak, do hotelu, ponieważ nie było to schronisko górskie - w restauracji, obsługiwał nas bardzo miły pan kelner. W menu figurowało danie z ryżem, ale okazało się, że nasz super hotel nie ma ryżu w zapasie, ale nawet mimo to kolacja była bardzo dobra. Pan kelner obiecał ryż na kolejny dzień. Jako że nasza koleżanka Ruda Ania świętowała piękny okrągły jubileusz, wieczór był wyjątkowy, były prezenty, uściski i odśpiewane 100 lat!

Rano śniadanie pozytywnie zaskoczyło nas wszystkich - solidne porcje i dwa ciepłe napoje dały energię każdemu. Na dworze czekało niemiłe zaskoczenie, oprócz pięknego słońca i błękitu, straszliwy wiatr, który urywał głowę i zatykał usta. Ruszyliśmy w trasę, która miała być na 26 km, a jej uwieńczeniem zdobycie Pradziada. Maszerowaliśmy dzielnie po przepięknym masywie.  Mijaliśmy ciekawe drewniane zabudowy, jakieś górskie chatki i bunkry oraz grzyby, ale w przewadze te niejadalne. W pewnym miejscu dotarliśmy do schodów, jakieś 100-150 w górę. Po wejściu na górę zobaczyliśmy olbrzymi betonowy zbiornik wodny. Wokół zbiornika spacerowało sporo ludzi, nie zrażających się silnym wiatrem. Podziwialiśmy ten niecodzienny widok w górach i w efekcie nasza grupa podzieliła się na dwie, z czego jedna zagubiła się. Czekaliśmy i czekaliśmy przy budce z kiełbasa i piwkiem, ale wciąż nie było ich widać. Kiedy dotarli okazało się, że zrobili niepotrzebne kółko wokół całego zbiornika, kiedy stracili nas z oczu. Na szczęście zgubiona ekipa nie była bardzo zła z tego powodu. Kontynuowaliśmy wędrówkę w dół ścinając serpentyny asfaltowej drogi na przełaj. Czekał nas jeszcze jeden długi trawers w dół, po chaszczach bez szlaku i po bardzo stromym zboczu. Przeklinając w duchu przewodnika i jego genialne pomysły zsuwaliśmy się w dół całkiem długo. Każdy myślał chyba to samo, skoro tak mocno tracimy wysokość, trzeba będzie się zacząć wspinać skoro celem jest pradziad. Po zakończeniu schodzenia szliśmy zboczem góry. W pewnym momencie dotarliśmy do drogi asfaltowej, która dla niektórych z nas okazała się punktem kryzysowym. Asfalt ciągnął się jak flak, długim łagodnym wzniosem, noga za nogą kroczyliśmy naprzód. W końcu ta nieprzyjemna część trasy była za nami i czekał na nas ostatni etap - podejście pod Pradziada. Przewodnik obmyślił trasę mistrzowsko, najpierw nas porządnie wymęczył, a na sam koniec, kiedy w nogach już kilometry, zostawił gwóźdź programu i wejście na szczyt Pradziada. Nie było jednak innej opcji, jeśli ktoś chciał nocować w hotelu. Wspinaliśmy się, więc dzielnie przez gęsty las, później rzadszy las i na końcu kosodrzewinę, by w końcu dojść do asfaltu wiodącego na szczyt. Do restauracji na Pradziadzie docieraliśmy już po zmroku. Okazało się później, że zamiast planowanych 26 km, w nogach mieliśmy dobre 30 km.  Ostatnim etapem było dojście do hotelu. Szliśmy pokrzepieni smaczną kolacją zjedzoną na Pradziadzie, podziwiając rozgwieżdżone niebo i wdychając całkiem ciepłe powietrze jak na październik. Magda raczyła nas opowieściami o staruszce turystce, która z wózkiem i lalką z wydłubanymi oczami nawiedza wędrowców w górach. Powiało grozą. Ale dotarliśmy bezpiecznie do naszej bazy. Po tak długim marszu w pokoju dziewczyn długo rozbrzmiewały śmiechy, które przyciągnęły nieproszonych gości. Do naszego pokoju wpakowali się panowie z piętra, którzy chcieli dołączyć do zabawy. Jako, że byłyśmy już w piżamach, te odwiedziny nie do końca nam pasowały, zwłaszcza, że z panami do pokoju wparował ich pies. Nawiązaliśmy międzynarodowy dialog i po polsko-czesku-angielsko-niemiecku próbowałyśmy się dogadać. W sukurs przyszła nam Laura, którą chyba zaniepokoiły głośne dźwięki. Dzięki jej dyplomatycznym talentom, po jakimś czasie udało się i koledzy sobie poszli, a my mogłyśmy iść spać.

Nasz ostatni dzień w Jesenikach był nieco emerycki, ale nie bez uroku. Mieliśmy okazję pochodzić po zabytkowej Karlovej Studance, przejść się na kamień Rudolfa i podziwiać z niego odległego Pradziada. Pogoda znów nas zaskoczyła, było tak ciepło, że kurtki były zbędne. Na trasie złociły i czerwieniły się liście. Relaksacyjny dzień, z obowiązkową wizytą w pijalni na uzupełnienie płynów zakończyliśmy jedząc obiad, a nawet deser-ostatnie lody z okienka przed zimą!

-Asia-

Komentarz administratora: do końca życia będziecie pamiętać tą wycieczkę, hehe.

poniedziałek, 16 lipiec 2018 21:10

Karkonosze z sakwami

Oceń ten artykuł
(6 głosów)

W Sobotę 30.06.2018 r. w pociągu KD melduje się łącznie 9 sympatyków, jakże prężnie działającego Stowarzyszenia Razem Bezpiecznie. Start w Cieplicach, w pełnej uroku dzielnicy Jeleniej Góry. Tutejsze wody lecznicze osiągają temperaturę aż do ponad 80ºC (najwyżej w Polsce). Do wyboru mieliśmy dwie rowerowe trasy: pierwsza około 16 km i łącznie około 100 m podjazdu oraz druga niebywale trudna, wręcz mordercza o długości około 100 km i łącznie około 1 900 m podjazdów. O dziwo wygrała druga opcja.
Na początek wisienka na smakowitym torcie, czyli ponad 11 km podjazdu na Przełęcz Karkonoską. Przewyższenie raptem 841 m. Naprawdę niewielu jest śmiałków, którzy podjęli rękawicę i wspinali się tam rowerem objuczonym sakwami. Ciągle pod górę, bez chwili wytchnienia, tempo pieszego, pot zalewa skronie, ciężko ustabilizować oddech. Do tego przejmująca cisza i własne myśli, które nasuwają oczywiste pytanie: co ja tutaj, do cholery, robię? Na szczęście widok przełęczy wynagradza prawie wszystko. Pomimo huraganowego wiatru i temperatury prawie zimowej na duszy robi się ciepło i lekko. Jeszcze tylko wspólne selfie i czas jechać dalej. Teraz nagroda - fenomenalny zjazd, na którym można bić rekordy rowerowych prędkości. Krótka postój w Szpindlerowy Młynie, bo trzeba pozbyć się zimowych kurtek. Przerwa w rodinným pivovarze Hendrych, w którym piwo smakuje jak ambrozja. Jednak czas w drogę, przejeżdżamy koło zachwycającego renesansowego pałacu w Vrchlabi. Następnie dalej pagórkami do Cernego Dula. Znowu kolejny mozolny podjazd do kurortu Janske Lazne, będącego zimową mekką dla narciarzy. Nas tym razem niesamowicie kusi ścieżka w koronach drzew w Karkonoszach wraz z wieżą widokową. Czas płynie nieubłaganie. Na pole namiotowe najlepiej dotrzeć przed zmrokiem. Kolejny zjazd na łeb na szyję jak kolejka w lunaparku. I ostatni podjazd, trzeci już na trasie, pod ostatnią przełęcz tego etapu po raz pierwszy powołaną na scenę trasy Karkonosze z Sakwami. Mordercza wspinaczka przez prawie 16 km z wysokości 480 m na 1046 m n.p.m. Najpierw łagodnie, pięknie, zielono, prawie płasko zupełnie, a następnie po szutrze 14% w górę. Pod Lycenska Boude rowery tachaliśmy pod górę niczym wielbłądy. Ale w końcu jest i Przełęcz Okraj, która była najwyżej położonym przejściem granicznym w Polsce, a po modernizacji drogi w 1937 r. była także świadkiem inwazji Wermachtu na Czechosłowację. Następnie zjazd do Kowar nie dający nawet chwili wytchnienia. Droga niczym ser szwajcarski Premium – z wielkimi dziurami. Jeszcze tylko szybkie zakupy na obiadokolację i na camping. Zmęczenie powoli daje znać o sobie. Wspólna kolacja z niezbyt wyszukaną strawą i zasłużony odpoczynek. Ponad 1900 metrów samych podjazdów w jeden dzień. Takie odcinki są tylko na Tour de France i …. oczywiście na trasie Karkonosze z sakwami!

Niedziela 1.07.2018 r. - poranek rześki, śniadanie, szybka kawa i w drogę. O 10.30 jesteśmy już w trasie. Wąskimi ścieżkami przez poszarpane pagórki docieramy do pięknego Zamku Karpniki. Tylko miejscowy kasztelan nie przepada za rowerzystami. Następnie Przełęcz Karpnicka tym razem wydaje się nadzwyczaj łatwa, niska… Następnie zjazd do Janowic Wielkich. Ula z Jarkiem odmeldowują się i wracają pociągiem. Cóż, z Mistrzostwami Świata w piłce nożnej jeszcze nikt nie wygrał. Wspinamy się do Miedzianki, a następnie podziwiając przepiękną panoramę wpadamy do Marciszowa. Krętą dróżką wijącą się jak wąż boa docieramy do Sędzisława. Tam mały piknik na miejscowym placu zabaw i dalej w stronę Wrocławia. Jeszcze tylko parę pagórków i docieramy do mety w Świebodzicach. Ostatnim akordem jest knajpka, a w niej wyborna zupa gulaszowa, której niestety zabrakło…
p.s.
Wielkie słowa uznania dla Wszystkich Uczestników.

-Wojtas-

poniedziałek, 14 maj 2018 21:21

Chochoł, czyli krokus pokus

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

„Góry moje, wierchy moje otwórzcie swe ramiona…” i otworzyły… Powitały nas dostojne i majestatyczne, dając słońce, wiatr, ośnieżone szczyty i, oczywiście, krokusy. Piękny kwietniowy weekend w Tatrach, to niezapomniane wrażenia i na długo naładowane akumulatory.

Zaczęliśmy już w piątek od kilkugodzinnego spaceru przez Dolinę Kościeliską, ścieżką nad reglami i Dolinę Chochołowską, by wrócić do Kir, gdzie w pensjonacie Szarotka u przemiłej Pani Ani mieliśmy przyjemność spędzić dwie noce. Pensjonat jest godny polecenia pod każdym względem, a Pani Ania po prostu wie, jak to się robi.

Piątkowa wycieczka, wprawdzie krótka, ale na rozruszanie się w sam raz. Już tu mogliśmy się przekonać, że krokusy są i, że jeśli słonko dopisze, to będzie ich coraz więcej. Jednak śniegu i lodu nie brakowało, a niektórzy z nas odkryli niesamowitą wygodę płynącą z posiadania raczków. Zejście w nich po lodzie i śniegu nie sprawiało żadnych trudności. Ot, mała rzecz, a cieszy.

Po wycieczce i smacznym obiadku – a raczej obiadokolacji, wróciliśmy do Szarotki, gdzie czekając na resztę ekipy, która miała dojechać wieczorem, niektórzy z nas ku ogromnej uciesze pozostałych rozegrali pierwszą w życiu partyjkę w bilard. Jak to człowiek nie wie, kiedy się czegoś nowego nauczy.

W sobotę postanowiliśmy zaatakować Ornak, jak się okazało przez wielkie O. Najpierw spacer Doliną Kościeliską do schroniska pod Ornakiem. Już w dolinie raczki się przydały, gdyż w bardziej ocienionych miejscach pokryta była lodem. Za to w bardziej nasłonecznionych pokazywała nam przepiękne małe fioletowe główki krokusów. Nęciła widokiem ośnieżonych szczytów i zapraszała szumem potoku. I jak tu się nie poddać magii Tatr? Gdyby jeszcze ludzi było mniej… No, ale ponoć nie można mieć wszystkiego na raz, choć ja nie wiem dlaczego…

W schronisku chwila przerwy, po czym ruszamy na Iwaniacką Przełęcz. Tu już coraz więcej śniegu i lodu, a im wyżej, tym bardziej zimowa sceneria. Śnie, słońce, góry, las… Pięknie.

Na przełęczy krótka dyskusja i decyzja – idziemy dalej, na Ornak, jak braknie czasu, to najwyżej zawrócimy. I, niestety, brakło. Przepiękne, niesamowite podejście w śniegu. Zapaść się po kolana, prawie norma, po pas, też się zdarzało. Za to jakie widoki! Na grzbiet wyszliśmy wszyscy i w zasadzie zegarki powiedziały resztę. Dla niektórych z nas to pierwsze takie zimowe wyjście. Na grzbiecie bardzo mocno wiało, ale pogoda była cudna. Teraz pozostało nam już tylko zejście po własnych śladach. Miejscami bardzo stromo, zjeżdżając po śniegu na tyłkach bądź plecakach. Na Przełęczy Iwaniackiej byliśmy już dość późno, więc wróciliśmy do schroniska pod Ornakiem i Doliną Kościeliską do Szarotki.

Ale to jeszcze nie koniec wrażeń na dzisiaj. Po tak intensywnym wysiłku należy się odrobina przyjemności, więc pojechaliśmy do term chochołowskich, by rozgrzać się w ciepłych basenach z widokiem na Tatry. Baseny solankowe, kąpiele siarkowe, masaże wodne – cóż może być bardziej kojącego dla zmęczonych mięśni… Wymoczone i odprężone wróciłyśmy do pensjonatu na zasłużony odpoczynek.

No i niedziela, nasz ostatni dzień w Tatrach. Słońca nie brakuje, krokusów coraz więcej, czyli jest wszystko, czego nam trzeba. Znów zaczynamy od Doliny Kościeliskiej i ścieżką nad reglami dochodzimy do Doliny Chochołowskiej. Postanawiamy dojść do Polany Chochołowskiej mimo tłumów ciągnących w tamtą stronę. W zatłoczonych galeriach bywa mniej ludzi, ale twardo brniemy naprzód, narzucając możliwie najszybsze tempo. W końcu jest, Polana Chochołowska w pełnej krasie. No i było warto! Utonęliśmy w fioletach, całe połacie wyciągających główki do słońca krokusów. Zachwyt, wszechogarniający i niepodzielnie panujący. Trudno oczy oderwać od tych cudowności…

Punkt kulminacyjny został osiągnięty. Teraz trzeba wrócić. Dolinę Chochołowską pokonaliśmy w 75 min., by potem wyłożyć się w trawie na Siwej Polanie. Jeszcze tylko godzinka drogą pod reglami, gdzie też nie brakuje krokusowych polanek, obiad, bardzo zresztą smaczny i jedziemy do domu, z żalem opuszczając Tatry i gościnny pensjonat Pani Ani.

Tatry, oglądane znów po ponad dziesięciu latach, po raz kolejny pokazują, że są po prostu piękne, niesamowite, dostojne, że potrafią zauroczyć i zapaść głęboko w serce. Ba, znów zauroczyły i pozwoliły łaskawie się w sobie zakochać…

-Aga-

Galeria.

poniedziałek, 23 kwiecień 2018 21:33

Kaloria

Oceń ten artykuł
(9 głosów)

Kaloria

Wolna sobota, godz. 5:45, budzik nieznośnie przypomina o swoim istnieniu. Aby tylko nie wstawać, próbuję znaleźć jakąś wymówkę jak uczeń, który nie chce iść do szkoły. Niestety wycieczka nie może zostać odwołana, więc z trudem odnajduje drogę do łazienki. Minuty lecą nieubłaganie, jeszcze tylko parę porannych kalorii i w drogę na dworzec, aby się nie spóźnić. O dziwo, pomimo nieludzko wczesnej pory, na dworcu PKP melduje się cała ekipa. Jeszcze tylko szybko przeprowadzony prze Ulę kurs zakupu biletów kolejowych przez automat i możemy gonić na peron.
Pociąg pojawił się około 10 minut po czasie – czyli nie tylko ja miałem kłopoty z porannym wstawaniem.
Tłum podróżnych zaczął napierać do wejścia jak do hipermarketu , który organizuje kuszące promocje. Na szczęście Jarek poukładał w środku rowery niczym ekspert osiągający najwyższe levele w legendarnej grze TETRIS. Pani Konduktor z podziwem kiwa głową. Spóźnieni ruszamy, pociąg z impetem przecina pola poukładane jak babcine chodniczki pozszywane z kolorowych kawałków. Do Kłodzka dojeżdżamy o czasie. Szybko i sprawnie wszystkie rowery lądują na peronie.

Startujemy w mieście, gdzie może się w głowie zakręcić od zabytków i atrakcji. Mijamy Klasztor Ojców Franciszkanów oraz Kościół pw. Matki Bożej Różańcowej, a następnie dumnie przemierzamy gotycki most Św. Jana na Młynówce, którego powstanie dotuje się na 1286 rok. Wjeżdżamy na plac Bolesława Chrobrego, na którym dumnie pręży się miejski ratusz z renesansową wieżą. Przemierzamy wspólnie wąskie kręte uliczki czując się odrobinę jak we włoskich miasteczkach. Szkoda tylko, że podziemna trasa turystyczna nie jest przystosowana dla jednośladów...
Jeszcze nie minęło 15 min wycieczki, a już w wąskich uliczkach gubimy pierwszego uczestnika. Jednak szybka i sprawna akcja ratunkowa sprawiła, że po chwili ochoczo dołączył do kolorowego peletonu.
Mijamy pierwsze pagórki i  docieramy do miejscowości Wojbórz. To chyba tylko tutaj mieszkańcy mają za czyste powietrze. Tylko tak można wytłumaczyć fakt pozostawiania odpalonego starego diesel'a tuż pod oknami sklepu spożywczego.

Po chwili odpoczynku rozpoczynamy pierwszy w tym roku poważny podjazd. Prawie 5 km pod górę, to już nie są przelewki. Peleton rwie się jak wysłużony stary szalik. Powoli każdy swoim tempem osiąga przełęcz Wilczą i zarazem najwyższy punkt dzisiejszej wycieczki, czyli 546 m n.p.m . Czas na zasłużony odpoczynek, małą przekąskę i kawę serwowaną z grilla smakującą niczym wyborne włoskie espresso. W grupie szampańska atmosfera, aczkolwiek poziom opowiadanych dowcipów pozostawia wiele do życzenia. Nic to, czas się zbierać w drogę. Teraz szaleńczy zjazd w dół, zakręt w lewo, w prawo, prosta i pierwszy raz w tym roku wspaniałe uczucie wiatru we włosach.
Następnie dojeżdżamy do oddalonego odrobinę od głównej drogi odnowionego wiaduktu kolejowego koło Żdonowa będącego „mekką” wspinaczy. Jednak nikt z nas nie podejmuje rękawicy i nie próbuje zmierzyć się z ponad 24 m wysokością. Wiadukt Żdanowski zwany Mostem Dziewiczym został zbudowany dokładnie w 1901 roku i jest pozostałością po Kolei Sowiogórskiej, która lata świetności ma już niestety za sobą. Wracamy na trasę i u podnóża Gór Sowich kierujemy się w stronę Bielawy. Pogoda miłosiernie głaska nas po plecach delikatnym wiatrem. Błękitne niebo zalotnie zerka zza białych obłoków.

Szybki zjazd pięknym wypolerowanym  asfaltem i wpadamy do Bielawy mijając osobliwy kościół przebudowany w stylu neoromańskim, w którym na gzymsach zostały umieszczone wizerunki różnych zwierząt. Następnie jedziemy nad „morze” sudeckie, czyli Zbiornik Sudety, który mieszkańcom Bielawy kojarzy się nie tylko z pięknym widokiem tafli wody na tle majestatycznych Gór Sowich, romantycznymi wieczornymi spacerami, ale również wędkarzami, którzy wysiadują na brzegu zbiornika w oczekiwaniu na wielką rybę.

Powoli zaczynamy odczuwać ssanie w żołądkach. To najwyższy czas, aby odwiedzić regeneracyjny bufet. W końcu nazwa wycieczki, czyli Kaloria, do czegoś zobowiązuje.

Terenową ścieżką szutrową wjeżdżamy do Pieszyc. Następnie już asfaltową docieramy do Dzierżoniowa. Nieopodal rynku w pewnym barze od 1976 r. serwowany jest prosty i sycący posiłek, doskonały na śniadanie, lunch, a nawet obiad, jeśli zaserwujemy go w towarzystwie sałatki. Owa tajemnicza przekąska to chrupiący tost, który po przejechaniu 50 km smakuje wykwintnie. Następnie zaintrygowani profesjonalną reklamą „Czeskie piwo/ Polska muzyka/ Włoski temperament” odwiedzamy restaurację Pod Gargulcem. Kwietniowe słońce mocno przygrzewa w letnim ogródku, a czas nieubłaganie leci. Myliłby się jednak ten, kto by myślał, że wycieczka zakończy się w Dzierżoniowie. Nikt nie wyraził chęci na skrócenie trasy i powrót pociągiem do Wrocławia. Sprawnie opuszczamy gościnny miasto Diory, czyli legendy polskiej elektroniki. Autostradę rowerową suniemy w kierunku Tuszyna. Tempo mocno wzrosło/przełożenie 3x8.

Mijamy majestatyczny masyw Ślęży po drodze organizując wyścigi z ciągnikiem. Nieskromnie dodam tylko, że ów harcownik nie miał z nami najmniejszych szans.
Pędzimy w stronę Mietkowa z nadzieją na kolejne uzupełnienie bufetu. Na miejscu niemałe rozczarowanie, albowiem w środku baru odbywa się zamknięta impreza. Cóż było robić, trzeba wsiadać na rower i jechać dalej, w końcu w Kątach Wrocławskich są słynne lody. Wszyscy mocno pochyleni, prawie wtuleni w kierownicę wjeżdżamy do Kątów. Szybkie uzupełnienie utraconych kalorii w cukierni i pierwsze pożegnania.
Słońce powoli zachodzi i na dworze robi się powoli szaro i mrocznie.
Wpadamy do Wrocławia o godz. 20:15, czyli tylko 15 min po czasie mając przejechane około 120 km. Powoli wszyscy rozjeżdżają się do swoich domów. Ja wracam z jednym mocnym postanowieniem: jutro śpię do 9.00.

- Wojtas -

 

Strona 1 z 12