Główna zawartość

wtorek, 06 grudzień 2016 21:34

Izeriada Jesień 2016

Oceń ten artykuł
(1 głos)

Jesienna Izeriada tym razem w wydaniu pieszym i rowerowym. Co robili rowerzyści – nie wiem, ale wyglądali na zadowolonych :) A piechurzy? Przede wszystkim dobrze się bawili i cieszyli się prawdziwą zimą.

W tym roku jesienna Izeriada ruszyła w grupie pieszej i rowerowej. Co robili piechurzy – nie wiem, ale wyglądali na zadowolonych :) A rowerzyści? Przede wszystkim walczyli z podjazdami, śniegiem i zamarzającymi rowerami, ale nieustannie cieszyli się, że są w Czechach :)

Pojechaliśmy do kraju, gdzie nawet krowy są szczęśliwe i ponoć nawet gołe konie tańczą na łące, ale tego nie udało nam się zaobserwować :)

Pojeździliśmy po kraju, gdzie rowerzystę samochód mija ze zrozumieniem, a w restaurantach nikt się nie patrzy dziwnie na kask na stole i błoto na spodniach.

Zaczęliśmy wycieczkę w Hejnicach, gdzie panowała jeszcze prawdziwa jesień – trochę mokra, zamglona, z burymi liśćmi na ziemi i, co tu dużo mówić, dość chłodna. Poubierani w czapki, szaliki i rękawiczki, pozapinani na wszystkie możliwe guziki ruszyliśmy w drogę. No i szybko zaczęliśmy się rozpinać, bo marsz leśnymi drogami skutecznie nas rozgrzał. Na poboczach gdzieniegdzie pokazało się nawet trochę śniegu. Szło się wygodnie i przyjemnie, a im wyżej, tym bardziej zmieniała nam się pora roku. Po jakimś czasie okazało się, że jesień już się skończyła. Pod nogami skrzypiał śnieg, prawdziwy, puszysty, biały śnieg. Szliśmy szlakiem wodospadów, a jeden bardziej zachwycający od drugiego. Idealnie przygotowane do oglądania dzięki specjalnym mostkom. Czesi wiedzą, co dobre. Wrażeń estetycznych tego dnia nam nie brakowało. Oprócz wodospadów były oczywiście skałki i bardzo długie sople (które niektórzy koniecznie chcieli polizać…), zamarznięte pajęczyny, obsypane białe świerki, białe drogi, tajemnicza mgła, skrzypienie śniegu i cisza… Była też bardzo smaczna nalewka :)

Zaczęliśmy od zbiórki na Polanie Jakuszyckiej i ruszyliśmy wśród ośnieżonych choinek do granicy. Po chwili już byliśmy po tej właściwej stronie Izery :) Potem już tylko zjazdy, podjazdy, śnieg, wywrotki, dymiące felgi i rozgrzane tarcze hamulcowe. Po zmroku udało się dostać zupę, polewkę, w sumie zdania są podzielone, czy to była zupa ze smalcu i kaszanki czy rozpuszczony salceson :) Wszystko oczywiście po czesku, więc zachwyt pozostał.

Potem jeszcze strome zejście w dół, po kamieniach, trochę śliskie i niewygodne i znowu jesień w Hejnicach – w małej miejscowości z ciekawym kościołem i domkami w pastelowych kolorach.

Zadowoleni z marszu zajrzeliśmy do jedynej czynnej hospody na obiad. Potem jeszcze jakieś zakupy i jedziemy do pensionu. Jazda po zmroku, we mgle krętymi, górskimi drogami była dla kierowców sporym wyzwaniem, ale szczęśliwie dotarliśmy na miejsce, rozlokowaliśmy się i czekaliśmy na grupę rowerową, by wspólnie pójść na czeskie piwo.

Do pensjonu dotarliśmy już w pełnym rynsztunku oświetleniowym i na ostatnich kroplach z termosu i resztkach batoników. Ale było warto, rowery dostały swój pokój, piechurzy już czekali roześmiani i po chwili ogarnięcia można było ruszyć na podbój :)

Następnego dnia znów nam się drogi rozeszły. A może rozjechały? No w każdym razie piechurzy poszli na Czarną Górę, 1085 m n. p. m. Tym razem śnieg i prawdziwa zima towarzyszyły nam od samego początku. Najpierw było częściowo zamarznięte jezioro, potem dużo szerokich, wygodnych dróg wśród ośnieżonych choinek, a potem właściwe podejście – po zasypanych drewnianych podestach. Najbardziej trzeba było uważać na zwieszające się gałęzie świerków, bo chętnie wsypywały za kołnierz porcję śniegu J. Na górze zrobiliśmy kilka fotek, bo przecież we Wrocławiu nie ma takiej zimy i nie wiadomo, kiedy będzie J. Potem zejście na dół, trochę strome i śliskie, ale nie za długie i znowu wygodne drogi. Na koniec przejście po zaporze – nie pamiętam nazwy rzeki ani zalewu L. I już po zmroku dochodzimy do Bedrzichova. Wpadliśmy na obiad do jakiegoś czeskiego baru szybkiej obsługi i już z pełnymi brzuchami, zadowoleni i nieco zagrzani, schodzimy do naszego pensjonatu, gdzie powitała nas cisza. Rowerzystów jeszcze nie było, ale jak się później okazało, znaleźli miłą gospodę i nie zamierzali jej opuścić przed zamknięciem, więc do nich dołączyliśmy.

Po pierwszej wyrypie zgodnie stwierdziliśmy rano, że w tak piękną pogodę wycieczka lajtowa jest akurat. Pojechaliśmy objechać Liberec. I faktycznie, objechaliśmy go tak, jak chyba nikt inny, bo wróciliśmy znowu grubo po zmroku i resztkach prowiantowych, ale… Liberec okrążony, przełęcz przy Jestet również zdobyta, okolice zwiedzone, architektura poznana, pizza skonsumowana, występ duetu muzycznego w restauracji też był… 

Na koniec już „przy domu” znaleźliśmy knajpkę u Wikinga (przynajmniej na takiego wyglądał, jeśli wybaczy mu się klapki) z kuchnią slow food. Warknięcie TO NIE JE FAST FOOD otworzyło nam wrota do czeskiej konsumpcji na najwyższym poziomie.

Ostatni dzień był już spokojny i kompletnie nie wymagający wysiłku. Wjechaliśmy na Jestet i podziwialiśmy widoki, a było na co patrzeć. Potem pojechaliśmy na obiad do browaru w Harrachovie i do domu. Po drodze pomachaliśmy grupie rowerowej na Polanie Jakuszyckiej.

Jeśli pieszynka miała dzień lajtowy, to dlatego, że woziła bagaże w bagażnikach :) My z powrotem w stylu MTB (Mam Tu Bagaż) już trasami cywilizowanymi doczłapaliśmy się na Polanę Jakuszycką. Po drodze piękny zjazd z widokiem na Mamucią Skocznię i ser smażony w zacisznej restauracji w lesie.

To był bardzo miły długi weekend, spędzony w zimowej scenerii, w górach, z dala od miejskiego zgiełku i hałasu. Oby naładowane tam akumulatory na długo starczyły.

3 dni, a jakby z tydzień urlopu. Ja nie wiem, jak to działa, ale to podobno właściwości czeskiego powietrza :)

-Aga-

-Laura-

Galeria

wtorek, 06 grudzień 2016 20:16

Dolnośląskie Rozmaitości - Tygiel

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

Żelazny Tygiel Waloński to miejsce, gdzie zna się cenę i historię gwoździa :) Ale nie tylko. To miejsce pasjonatów, ogromnych machin, gdzie stukają wielkie młoty i płonie ogień. Można dotknąć narzędzi, wejść do olbrzymiego koła napędzającego kilkusetkilogramowe tłuczki i uruchomić kuźnię.

Mimo wszędobylskiej mżawki wycieczkę zakończyliśmy zdobyciem nagród żelaznych, pieczeniem kiełbasek i ogromnym swojskim chlebem z pieca :)

http://zelaznytygiel.pl/

Mała galeria.

niedziela, 27 listopad 2016 18:14

Dolnośląskie Rozmaitości - Twierdza Kłodzko

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

Jeśli macie ochotę na miejski wypad z klimatem historycznym bez tabunów turystów, to jesienne Kłodzko jest świetnym wyborem. Twierdza Kłodzka to obowiązkowy punkt Dolnego Śląska. Jest nie tylko perełką architektury obronnej, ale miejscem, gdzie historia meandruje między wielkością i absurdem filmów Bareji :)

Browar, lazaret, czołg Rudy 102 i wino Tajfun czy Uśmiech Traktorzysty to niektóre fakty ożywiające podręcznikową historię. Wyprawa korytarzami i tunelami Twierdzy w świetle i bez światła naszej ekipie się bardzo spodobały...

Do tego mała wyprawa Podziemną Trasą Miejską, spacer po rynku, czeska pizzeria i na koniec krótki koncert organowy w najstarszym kościele wypełniły nam cały dzień.

Warto spacerować Razem :)

Galeria.

poniedziałek, 21 listopad 2016 21:49

Dolnośląskie Rozmaitości - Papiernia

Oceń ten artykuł
(1 głos)

Co to jest papier czerpany? Co ma kupa słonia z wrocławskiego zoo do pamiątkowych zakupów? Jak poczuć się gwiazdą i wejść w posiadanie papieru z odciskiem własnej dłoni? Dlaczego król karał za wyrzucanie podartych spodni? Czy gałganiarz to słowo obraźliwe? I co to jest papier z brodą? Na takie pytania znajdziecie odpowiedź w Muzeum Papiernictwa w Dusznikach :)

Nasza wszędobylska grupa zwiedziła muzeum, potaplała się w płynnym papierze i pospacerowała alejkami parku zdrojowego. Napiliśmy się wody bardzo zdrowej i próbowaliśmy zagadać do Chopina :)

Na koniec zachciało nam się egzotycznych wrażeń i zjedliśmy chińczyka...

Jeden dzień i tyle doznań :)

Galeria.

poniedziałek, 21 listopad 2016 20:41

Pieróg

Oceń ten artykuł
(1 głos)

czyli ostatnie rowerowe podrygi pod baldachimem z liści :)

Miło było spokojnie pojeździć z myślą, że jedziemy na obiad. Liście szumiały, łabędzie pływały, a pałace sobie stały. Potem były pierogi, które niektórzy jeszcze na kilogramy brali i do domu w sakwach wieźli. Tytuł najlepszych pierogów w okolicach Wrocławia został potwierdzony :) Chcecie wiedzieć gdzie takie serwują?

Fotki.

wtorek, 25 październik 2016 21:35

Dolnośląskie Rozmaitości - Sudecka Zagroda

Oceń ten artykuł
(1 głos)

Kaczawy to urokliwe okolice. Sobota nas pozłociła słońcem. Górki były przepiękne, a lasy kolorowe. Dobków okazał się cichą wsią, gdzie dba się o drewniane płoty, a anioły i dobre duszki mieszkają przy drzewach.

Sudecka Zagroda, czyli edukacyjny ośrodek dla "Wulkanizatorów" to bardzo ciekawe miejsce dla dużych i małych, które skupia ludzi z pasją.

Wirująca ziemia, obsydian niczym z gry komputerowej, dymiące kamienie, symulator trzęsienia ziemi i ruchome makiety. Były spacery, kot piękny, Azor i Pędzel, widoki, eksponaty i gadający w 3D Tymek :) a na koniec dobry obiad przy dużym stole.

Dowiedzieliśmy się, co ma wspólnego genetyka z kapliczkami, skąd się biorą agaty, gdzie są polskie wulkany i gdzie jeżdżą na początku kariery geolodzy :) tak pokrótce... Kraina Wygasłych Wulkanów

Zadziwiająco spokojny i luźny dzień, mimo braku kilometrów, na koniec dnia jakieś przemiłe zmęczenie. To chyba z wrażenia...

http://sudeckazagroda.pl/

http://ekomuzeum.info/

Galeria.