Główna zawartość

środa, 16 sierpień 2017 17:49

Widokówka z Karkonoszy

Oceń ten artykuł
(1 głos)

Gdy człowiek się już wytarga do góry, przez las, mostki i krzaki jagód, to Karkonosze zafundują widok z pocztówki, przestrzeń, wiatr i słońce. A my dostaliśmy piękną pogodę (mżawki na koniec nie licząc), widokówki z aparatu, czeskie piwo, leżenie na trawie, jagody, grzyby i sernik. 27 km spacerem i nikt tego nie zauważył. Tak byliśmy wpatrzeni w świat. Obowiązkowa wycieczka, obowiązkowa legenda:

Źródło Laby znajduje się na wysokości 1 386 m n.p.m. Wypływa ono ze studzienki, w której zbierają się wody licznych strug spływających z zatorfionej podmokłej łąki. Na pamiątkowym kamieniu przy źródle znajduje się płaskorzeźba Jana Buchary, znawcy i miłośnika Karkonoszy. Od strony południowej na kamiennym murku umieszczono herby 24 miast, przez które przepływa Łaba. W 1684 r. źródło zostało poświęcone przez biskupa z Hradca Kralove, Jana z Telmberka. W 1864 r. źródło jeszcze raz zostało poświęcone przez księdza z Vrchlabi, ale tym razem aby nie wyschło. Z miejscem tym związane są liczne legendy o rusałkach, Duchu Gór i smoku Kraku. Smok ten grasował po polskiej (obecnie) i czeskiej stronie Karkonoszy. Mieszkał w dolinie rzeki Kamiennej, tam, gdzie dzisiaj znajduje się Czerwona Jama. Jama ta miała podziemne połączenie z miejscem, gdzie obecnie znajduje się wodospad Łaby. Bestię uśmiercił Liczyrzepa, zwany również Karkonoszem (to ten z nalepki czeskiego piwa :)). Gdy smok wygrzewał swoje cielsko u źródeł Łaby, Król Gór postanowił zablokować wylot tunelu w Czerwonej Jamie. Powrócił nad źródło Łaby i poczekał aż smok ponownie wejdzie do tunelu. Gdy znikł, przeniesioną skałą z Łabskiego Szczytu uderzył w ziemię i zatkał południowy wylot podziemnego korytarza. W ziemię uderzył z tak ogromną siłą, że w miejscu tym powstało zagłębienie zwane dzisiaj Łabskim Dołem. Na tym nie zakończyła się historia ze smokiem. Duch Gór pognał pod Czerwoną Jamę i tu dopadł bestię, która próbowała odsunąć głaz. Gdy smok wychylił łeb, Duch Gór go odciął. Jako pierwsi odcięty łeb ujrzeli mieszkańcy Szklarskiej Poręby, potem Vrchlabi. Po smoku pozostała czerwona skała będąca skamieniałym ciałem potwora. Kości, zęby i pazury zamieniły się w biały, twardy kamień, który podobno chroni przed urokami rzucanymi przez czarownice.

Foty 3.

poniedziałek, 31 lipiec 2017 21:35

Wojtasowy Wołek

Oceń ten artykuł
(16 głosów)

Wołek - etap krótki i nietrudny. Pozornie.
Dojazd pociągiem pędzącym niczym legendarny "maluch" po autostradzie. Siedmiu śmiałków, którzy zamiast leniuchować w domowych pieleszach wolą poznać okolice Wrocławia.
Start z Małowic Wołowskich. To tutaj znajdziesz w niedzielę rano otwarty sklepo-pub, w którym tubylcy rozprawiają o najistotniejszych problemach współczesnego świata.
Jedziemy do Orzeszkowa mijamy na poboczu pierwszego kibica. Czyżby z wrażenia aż zasłabł... Nie, to tyko efekt sobotnich procentowych środków dopingujących. Trasa biegnie przez krainę zwaną Dolina Jezierzycy. Las przepięknie kłania się zielonymi głowami kolorów. Początkowo płasko jak po stole. Tempo mocne. Pierwsza przerwa przy drewnianej wiatce nad Stawem Czarnym. To tutaj, śpiąc w namiocie, rano odwiedzą Cię łabędzie. Kanapka podróżna smakuje niczym croque monsieur - prostota i wykwintność w jednym.
Jedziemy dalej podziwiając łabędzie. Jeden z nich nie jest zadowolony z naszej obecności i wydaje odgłosy bardziej przypominające węża boa.
Wpadamy do Starego Wołowa. Bocian na pięknej lipie z politowaniem kiwa głową - znowu Ci rowerzyści... Kończy się wygodny asfalt, a zaczyna sekcja piasku tak uwielbiana przez Darka.
RAZEM dajemy radę i dalej przez las dojeżdżamy do Miłcza. Mijamy pole słoneczników, które zamiast do nas śmieją się do słońca. Jest prawie jak na Węgrzech. Szybka kontrola czasu. Jest kwadrans przed 13.00 i decyzja - gnamy do Bagna. To miejscowość, w której w niedzielę popołudniu o pełnych godzinach zakonnicy Salwatorianie oprowadzają po swoim pałacu. Tempo ponad 30 km/h, aż ciężko złapać oddech, na szczęście przynajmniej dla mnie, trwa to tylko chwilę. Wjeżdżamy na piękny dziedziniec i stawiamy rowery na dawnym parkingu dla powozów. Po 13.00 uśmiechnięty zakonnik wprowadza nas do środka pałacu recytując historię tego miejsca.
(https://pl.wikipedia.org/wiki/Pa%C5%82ac_i_klasztor_salwatorian%C3%B3w_w_Bagnie)
Zwiedzamy jeszcze okazały ogród, w którym piękno przyrody przeplata się z filozofią.
Następny przystanek to małe podwrocławskie Mazury, czyli leśny stawik w Osoli. Jednak na próżno szukać tu jakiejś gastronomii. Jest już po południu, w brzuchach zaczyna strasznie burczeć, więc decydujemy się niezwłocznie jechać do Urazu. Tam w porcie delektujemy się „bałtycką” rybką i złocistym trunkiem, jakże błogo gaszącym pragnienie. Pozostaje przeprawa przez nieokiełznaną rzekę Odrę. Odpuszczamy jednak pomysł przeprawy wpław z rowerem. Decydujemy się na wynajęcie renomowanego armatora. Pakujemy się wszyscy na prom razem z rowerami. Ten zaczyna się niebezpiecznie kołysać niczym Titanic. Ostatecznie jednak udaje nam się dostać na stały ląd. Malowniczą drogą dojeżdżamy do nadodrzańskich wałów pięknie wykoszonych niczym łąki biebrzańskie. Na horyzoncie widać już zabudowania Wrocławia, osiedle Stabłowice. Jeszcze tylko mały labirynt domków jednorodzinnych i następuje ostatni akord. Wjeżdżamy na parking przy Hali Orbita. Wspólnie, razem, godnie. Pozostaje tylko powiedzieć „Dziękuję” i „Do zobaczenia na kolejnej rowerowej wyrypie”. 75 km to brzmi dumnie!

-Wojtas-

p.s. zdjęcie przedstawia pasażera Wojtkowego roweru - Pana Łośkiewicza

poniedziałek, 31 lipiec 2017 21:30

Wołek

Oceń ten artykuł
(25 głosów)

Po namyśle stwierdzamy, że Wołek powinien być przechrzczony na Słonecznik :)

Relacja Wojtasa.

wtorek, 25 lipiec 2017 20:32

Macedonia I

Oceń ten artykuł
(6 głosów)

Macedonia. Kraj gór i jezior. Doskonała kuchnia. A za turystycznym parawanem? Kraj kontrastów. Kraj w kryzysie. Kraj tętniący i zaskakujący. Rowerowa wyprawa z sakwami to nie lada wyzwanie. Góry, przełęcze, doliny, jeziora, kamienie, szutry, asfaltowe drogi odcięte od świata, upał, cykady, żółwie. Turystyka dla Europejczyka i zapomniany interior. Dostaliśmy wszystko i trochę więcej. Macedonia to nie kraj dla słabych ludzi :) Rowery ujeżdżone na maxa, popękane szprychy, popękane obręcze, łapane gumy, gubione śrubki. Pod górę na ciężko, na lekko, pchając, tocząc, po drodze czy ścieżce, w 50-stopniowych upałach, myśląc tylko o Skopsko :) Oto pierwsze wspomnienie.

piątek, 30 czerwiec 2017 23:28

300

Oceń ten artykuł
(10 głosów)

Równe 300 km. Z Wrocławia prawie 160 km cały czas pod wiatr na obiad do Bolesławca. Upał i ten wiecznie ... wiatr :) Z powrotem już lżej, bo jakby z górki. Ale tutaj zaczęły się problemy :) Ciemno, temperatura spadła z 30 do 12 stopni. Kawy się chce. Tyłek boli... Wschód słońca na siodełku. Do Wro powoli zjeżdżaliśmy od 5.30. Na koniec szampan dla ostatnich upartych i do domu na śniadanie :) 300 km. 22 godziny, ale z obiadem ;) Tuż po zadaje sobie człowiek pytanie, po co ja to sobie robię. Tydzień po zadaje pytanie, czy da się więcej... :D

Specjalne podziękowania dla tych, którzy trzymali zmiany na przodzie grupy i czuwali nad mapami. Trzysta!

poniedziałek, 26 czerwiec 2017 18:16

Bóbr w kajaku

Oceń ten artykuł
(6 głosów)

Bóbr jak na razie wygrał w rankingu kajakowym. Piękna rzeka, zieleń, kaczki z kaczuszkami i mosty. Wszystko, co piękne w przygodzie dla kajakarza. Można zatonąć ... w kwiatach i zachwycie :)

A na koniec spacer po Lwówku Śląskim i wielka pizza :)

Galeria.