Główna zawartość

wtorek, 22 sierpień 2017 18:53

Dezeta

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

Dezeta, czyli dziesięć załogi. Ale nas było więcej i każdy miał, co robić i na łódkę się zmieścił :) Upału nie było, za to woda była ciepła, przechyły porządne, bo Jula za sterem, wiatr targał włosy i bieliły się żaglówki. Ponieważ nie lubimy się nudzić, to dzielnie wymyślaliśmy sobie zajęcia albo nicnierobienie. Przy grillu i gitarze szanty prezentowano, na pomoście czytano książki i pojono się kawą, a w nocy wyświetlali spadające Perseidy. Odbywały się spacery po lesie, po deptaku, po plaży, kursy rowerkiem wodnym (miał dogonić dezetę), degustacje i dywagacje nad rozkładaniem namiotu oraz głaskanie psa w ramach terapii (Kajtek pozdrawia wszystkich). Generalnie, nuda, nic się nie działo, nikt się nie spocił, zero przewyższeń. No, jak tak można żyć??

Galeria.

poniedziałek, 21 sierpień 2017 19:41

Destna

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

Z Barda do Kłodzka droga rowerowa może być co najmniej nazwana malowniczą. Pięknie zjeżdża się do letniego miasta, które może zauroczyć, bo Kłodzko zyskało w ostatnim czasie na atrakcyjności - kino na leżakach, knajpeczki z czeskim piwem, kawiarnie, tarasy, rejsy oraz liczne zabytki są godne polecenia :) Z Kłodzka momentalnie przemieszczamy się na wieś. Stary Wielisław wita nie tylko smokiem i ET. Te okolice są pełne fajnych miejsc i ciekawych podjazdów. Stamtąd rzutem na taśmę lecimy na Przełęcz Sokołowską. I o ile wcześniej było pod górę, to teraz się zaczyna walka z MTB :) Pogratulować wyznaczenia czarnego szlaku do Czech. Skrzynka czeskiego dla tego, co tam podjedzie - zwłaszcza po błocie... Zabawa przednia, nawet ciągnik tam utknął. Po tym utrapieniu nagle otwiera się Kraj Szczęśliwości i płynie się po rowerowych szlakach. W Czechach małe miasteczko, hospudki, mieszkańcy wychodzą z kuflami pod fontannę, żeby się chłodzić i chłonąć zachód słońca. Przed nami jeszcze kilka km i już siedzimy w przytulnym miejscu i gadamy do północy pod pięknym niebem wśród sosen.

Po nocy pod gwiazdami eksplorujemy Góry Orlickie szlakiem umocnień, ku Wielkiej Deszczowej. Szczyt zdobyty, bunkry objechane, wieża ujarzmiona. Szlakiem Śródsudeckim przez Długopole i Bystrzycę zmierzamy wprost do Kłodzka.

137 km w stylu MTB i szczyt Velka Destna w pamiętniku sakwiarza :)

Fotki.

czwartek, 17 sierpień 2017 18:38

Białka

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

Z Barda do Barda, przez przełęcze, lasy, asfaltowe wężyki i szutrowe podjazdy, zapomniane wioski niczym z Alaski - najpierw na obiad do Prezesowej w Stroniu Śl. Potem chwila oddechu i kolejny atak do góry. Przy ataku następuje zemsta pizzy :) Na szczęście góra jest dłuuuuga i atak się wypocił. Niechcący już kręcimy po czeskiej stronie. Przepiękne trasy, które pamiętamy z zimowych przebieżek na nartach, prowadzą wprost do Paprseka, czyli Paproszka, na kolację. Przy okazji obserwujemy czeskie wesele, uprawiamy tańce na trawie, leżaking i teatr cieni. Uprzejmy kelner wskazuje nam pole namiotowe, czytaj stok narciarski... Może nie do końca pasuje na łóżko, ale za to niebo pełne gwiazd skłoniło nam się na karimaty. Rano ruszamy w Polskę, zdobywając Przełęcz Gierałtowską i knedliki w Travnej. Niby dwa dni, a wrażeń jakby z tygodnia się uzbierało.

Dystans: 140 km w dwa dni. Przewyższenie: 2 410 m. Typ trasy: MTB = Mam Tu Bagaż.

Fotosy.

środa, 16 sierpień 2017 17:49

Widokówka z Karkonoszy

Oceń ten artykuł
(1 głos)

Gdy człowiek się już wytarga do góry, przez las, mostki i krzaki jagód, to Karkonosze zafundują widok z pocztówki, przestrzeń, wiatr i słońce. A my dostaliśmy piękną pogodę (mżawki na koniec nie licząc), widokówki z aparatu, czeskie piwo, leżenie na trawie, jagody, grzyby i sernik. 27 km spacerem i nikt tego nie zauważył. Tak byliśmy wpatrzeni w świat. Obowiązkowa wycieczka, obowiązkowa legenda:

Źródło Laby znajduje się na wysokości 1 386 m n.p.m. Wypływa ono ze studzienki, w której zbierają się wody licznych strug spływających z zatorfionej podmokłej łąki. Na pamiątkowym kamieniu przy źródle znajduje się płaskorzeźba Jana Buchary, znawcy i miłośnika Karkonoszy. Od strony południowej na kamiennym murku umieszczono herby 24 miast, przez które przepływa Łaba. W 1684 r. źródło zostało poświęcone przez biskupa z Hradca Kralove, Jana z Telmberka. W 1864 r. źródło jeszcze raz zostało poświęcone przez księdza z Vrchlabi, ale tym razem aby nie wyschło. Z miejscem tym związane są liczne legendy o rusałkach, Duchu Gór i smoku Kraku. Smok ten grasował po polskiej (obecnie) i czeskiej stronie Karkonoszy. Mieszkał w dolinie rzeki Kamiennej, tam, gdzie dzisiaj znajduje się Czerwona Jama. Jama ta miała podziemne połączenie z miejscem, gdzie obecnie znajduje się wodospad Łaby. Bestię uśmiercił Liczyrzepa, zwany również Karkonoszem (to ten z nalepki czeskiego piwa :)). Gdy smok wygrzewał swoje cielsko u źródeł Łaby, Król Gór postanowił zablokować wylot tunelu w Czerwonej Jamie. Powrócił nad źródło Łaby i poczekał aż smok ponownie wejdzie do tunelu. Gdy znikł, przeniesioną skałą z Łabskiego Szczytu uderzył w ziemię i zatkał południowy wylot podziemnego korytarza. W ziemię uderzył z tak ogromną siłą, że w miejscu tym powstało zagłębienie zwane dzisiaj Łabskim Dołem. Na tym nie zakończyła się historia ze smokiem. Duch Gór pognał pod Czerwoną Jamę i tu dopadł bestię, która próbowała odsunąć głaz. Gdy smok wychylił łeb, Duch Gór go odciął. Jako pierwsi odcięty łeb ujrzeli mieszkańcy Szklarskiej Poręby, potem Vrchlabi. Po smoku pozostała czerwona skała będąca skamieniałym ciałem potwora. Kości, zęby i pazury zamieniły się w biały, twardy kamień, który podobno chroni przed urokami rzucanymi przez czarownice.

Foty 3.

poniedziałek, 31 lipiec 2017 21:35

Wojtasowy Wołek

Oceń ten artykuł
(32 głosów)

Wołek - etap krótki i nietrudny. Pozornie.
Dojazd pociągiem pędzącym niczym legendarny "maluch" po autostradzie. Siedmiu śmiałków, którzy zamiast leniuchować w domowych pieleszach wolą poznać okolice Wrocławia.
Start z Małowic Wołowskich. To tutaj znajdziesz w niedzielę rano otwarty sklepo-pub, w którym tubylcy rozprawiają o najistotniejszych problemach współczesnego świata.
Jedziemy do Orzeszkowa mijamy na poboczu pierwszego kibica. Czyżby z wrażenia aż zasłabł... Nie, to tyko efekt sobotnich procentowych środków dopingujących. Trasa biegnie przez krainę zwaną Dolina Jezierzycy. Las przepięknie kłania się zielonymi głowami kolorów. Początkowo płasko jak po stole. Tempo mocne. Pierwsza przerwa przy drewnianej wiatce nad Stawem Czarnym. To tutaj, śpiąc w namiocie, rano odwiedzą Cię łabędzie. Kanapka podróżna smakuje niczym croque monsieur - prostota i wykwintność w jednym.
Jedziemy dalej podziwiając łabędzie. Jeden z nich nie jest zadowolony z naszej obecności i wydaje odgłosy bardziej przypominające węża boa.
Wpadamy do Starego Wołowa. Bocian na pięknej lipie z politowaniem kiwa głową - znowu Ci rowerzyści... Kończy się wygodny asfalt, a zaczyna sekcja piasku tak uwielbiana przez Darka.
RAZEM dajemy radę i dalej przez las dojeżdżamy do Miłcza. Mijamy pole słoneczników, które zamiast do nas śmieją się do słońca. Jest prawie jak na Węgrzech. Szybka kontrola czasu. Jest kwadrans przed 13.00 i decyzja - gnamy do Bagna. To miejscowość, w której w niedzielę popołudniu o pełnych godzinach zakonnicy Salwatorianie oprowadzają po swoim pałacu. Tempo ponad 30 km/h, aż ciężko złapać oddech, na szczęście przynajmniej dla mnie, trwa to tylko chwilę. Wjeżdżamy na piękny dziedziniec i stawiamy rowery na dawnym parkingu dla powozów. Po 13.00 uśmiechnięty zakonnik wprowadza nas do środka pałacu recytując historię tego miejsca.
(https://pl.wikipedia.org/wiki/Pa%C5%82ac_i_klasztor_salwatorian%C3%B3w_w_Bagnie)
Zwiedzamy jeszcze okazały ogród, w którym piękno przyrody przeplata się z filozofią.
Następny przystanek to małe podwrocławskie Mazury, czyli leśny stawik w Osoli. Jednak na próżno szukać tu jakiejś gastronomii. Jest już po południu, w brzuchach zaczyna strasznie burczeć, więc decydujemy się niezwłocznie jechać do Urazu. Tam w porcie delektujemy się „bałtycką” rybką i złocistym trunkiem, jakże błogo gaszącym pragnienie. Pozostaje przeprawa przez nieokiełznaną rzekę Odrę. Odpuszczamy jednak pomysł przeprawy wpław z rowerem. Decydujemy się na wynajęcie renomowanego armatora. Pakujemy się wszyscy na prom razem z rowerami. Ten zaczyna się niebezpiecznie kołysać niczym Titanic. Ostatecznie jednak udaje nam się dostać na stały ląd. Malowniczą drogą dojeżdżamy do nadodrzańskich wałów pięknie wykoszonych niczym łąki biebrzańskie. Na horyzoncie widać już zabudowania Wrocławia, osiedle Stabłowice. Jeszcze tylko mały labirynt domków jednorodzinnych i następuje ostatni akord. Wjeżdżamy na parking przy Hali Orbita. Wspólnie, razem, godnie. Pozostaje tylko powiedzieć „Dziękuję” i „Do zobaczenia na kolejnej rowerowej wyrypie”. 75 km to brzmi dumnie!

-Wojtas-

p.s. zdjęcie przedstawia pasażera Wojtkowego roweru - Pana Łośkiewicza

poniedziałek, 31 lipiec 2017 21:30

Wołek

Oceń ten artykuł
(26 głosów)

Po namyśle stwierdzamy, że Wołek powinien być przechrzczony na Słonecznik :)

Relacja Wojtasa.