Główna zawartość

środa, 15 sierpień 2012 18:40

Kaczawskie wyzwanie 2012.

Oceń ten artykuł
(4 głosów)

Wszystko zaczęło się od … ulewy. Jeden sms, drugi sms. Nie chcą jechać. No dobra. My jedziemy. Przecież nie może ciągle padać. Mikro zaspana, odpowiadając na wiadomość, chyba nie zauważyła, że pada, więc dla dwóch cudownych dziewcząt warto pokazać Kaczawy.

Na dworcu zebrała się mikrogrupa – waleczna piątka (Marcin się pojawił jako niespodzianka), opatulona w kurtki przeciwdeszczowe. Jak zwykle walka z Jego Wysokością Pociągiem (odległość między peronem i podłogą – pociąg dostępny dla rowerzystów, dobre sobie) i jedziemy. Miejscowość startowa: OKM. Ktoś dopisał brakującą część nazwy chyba pisakiem OKMiany. Dociągamy bagaże, wciągamy kanapki i heja. Nie pada!

            Pierwsze wyzwanie: wjazd na zamek Grodziec. Po drodze kościół. Wszyscy pędzą na zamek, a tutaj ciekawostka. Sam zamek bardzo ładny, trochę przeraża komercja, ale takie są prawa rynku. Poznajemy Pana Zygmunta, właściciela winiarni „U Michała”. Uparcie tkwi przy ławie ze swoimi wyrobami. Jego miodówka to wyrób nie lada. Nagrody należne jak najbardziej. No i jest jeszcze aroniówka, tarninówka, poziomkówka… I historia. Jak się robi, by dobrze zrobić. No, ale trzeba jechać. Więc pozostaje tylko zrobić zapasy i podoceniać przy ognisku. Na rowery!

       

            Jak to w Kaczawach – z górki, pod górkę. Czasem słońce, rzadko deszcz. Gdy nas łapie już stoimy pod bajkowym przystankiem i obczajamy zdewastowany ośrodek kulturalny. Leje. O, nie leje. Jedziemy dalej, mijamy Ostrzycę. Piękna droga. Asfaltem ciągle w dół. Większa krzyżówka i decyzja. Robimy Ostrzycę czy nie? Nie! Wolimy coś zjeść! Wpadamy na wioskę i robimy zakupy w pierwszym sklepie. Zajmujemy ławki i odrywamy kawały świeżo kupionego chleba. Chleb tu, chleb tam. Pojawia się Pan. Pan Buła, żeby nie było. Kierowca tira na odpoczynku zafascynowany rowerami z sakwami i piękną rowerzystką. Mało co i by było jak w filmie... Pan Buła i Karola zdobywają Lisboa.

   

            Karola niestety odrzuciła propozycję, ale jak to dama dała szansę. „Ja tu wrócę i Pana odnajdę”… Ciekawe, co teraz robi Pan Buła.

            Gnamy dalej. Po drodze ciekawe ruiny, pola, łąki, lamy… Normalka. Kierujemy się na Wleń. Pięęęęęękny zjazd. Popadało chwilę przed, jeszcze trwała mżawka, a my lecimy jak bolidy. Wszyscy mokrzy i uchachani jak małe dzieci. Błotniki nie pomogły, ale takie zamoczenie gaci, to przygoda.

       

            Spotykamy się na krzyżówce przy Bobrze. Już mamy opuszczać miłe miasteczko, gdy wpada nam w oczy tablica DO PAŁACU. No i proszę to wcale nie Zamek Lenno, tylko niesamowity Pałac Wleń. Najpierw powitał nas piękny ogród obiecujący ustronne miejsce dla każdego. Dzięki uprzejmości Pana Sławomira Osieckiego mieliśmy możliwość zwiedzenia pałacu i poznania jego historii i legend. Polecam wszystkim poszukiwaczom ciekawych i pięknych miejsc odwiedzenie tego zabytku i poznanie historii Dorotki… (www.palacwlen.pl).

   

            Dobrze się stało, że odpuściliśmy sobie Ostrzycę… W zamian spotkał nas pałac… Jedziemy dalej. Mijamy kolejne miejscowości, jadąc wzdłuż Bobru w kierunku Perły Zachodu. Mijamy stare wiadukty, śluzy, zamki, festyny rycerskie. Docieramy do zapory. Tutaj robimy dłuższy postój i wciągamy reklamowane przez Pana Parkingowego frytki z paluchem (zagadka!) i zupy po kolei jak kuchnia dawała: grochowa, kapuśniak i rybna. Trzeba mieć w końcu napęd, tak?

     

            Znów na rower. Drogą do ośrodka PTTK Perła Zachodu. Fajne miejsce. Mały wypad na wieżę widokową i znowu dalej. Zjeżdżamy malowniczą ścieżką do Jeleniej Góry. Taaaak. Wydostanie się nie było bardzo łatwe, tym bardziej, że zapadł zmrok. Światła, krawężniki, trochę błota i ufff… Jesteśmy za miastem. Tniemy w umówione miejsce do Szałasu Muflona www.muflon.agroturystyka.org

            Droga non stop pod górę wije się przez długie Komarno. Mgła wypełzła na ulicę. Wyglądamy jak jakieś kosmiczne zwierzęta – na rowerach, z sakwami i czołówkami, kręcąc przez mleko. Ostatni podjazd. 1 km. Marcin powiedział to w złym momencie, że może to być kilometr w pionie… Przerzutki 1-1 i mieli się, mieli się.

            Dotarliśmy. Czeka na nas właściciel przy ognisku. Dobry Człowiek. Chwila moment i już siadamy. Jest piwko, jest kiełbaska (Mikro full service jak w Ritzu, szacun wielki), ogóreczki, krakersy. A, piwo zapomniałabym jest oczywiście czeskie. Wszyscy wtargali ze sobą butelki ze sklepu koło Jelonki. Pokłon. Tylko Bajgiel właściciela lata i podprowadza kiełby.

            I zaczęło padać. Ale w tej sytuacji to już jest mało ważne. Jest zabawa.

            Rano wszyscy zapomnieli o deszczu. Świeci słońce, biegają psy, słychać konie na drodze i parzy się kawa. Zaczynamy wracać. Cel: Legnica.

 

            Oj, lekko nie było. Z górki, pod górkę. Jedziemy, jedziemy, śmiejemy się, śmiejemy i niespodziewana guma. Jest, jak jest. Może być piknik przy gumie. Mikro – bohater serwisu.

   

            Jedziemy dalej. Ostatni postój przed zjazdem. Park Krajobrazowy Chełmy. Można sobie tutaj śmignąć. Fru! I już jesteśmy przy Słupie. Mijamy zalew i wpadamy na szlak rowerowy do Legnicy. Potem pierwsze światła i jesteśmy na wale. Przejeżdżamy szumnie przez park (pasujemy do niedzielników - tylko trochę błota mamy na sobie) i podejmujemy spontaniczną decyzję o obiedzie. W końcu mamy zapas czasu do pociągu.

 

            Znajdujemy miejsce i oczarowani włoską kuchnią trawimy czas na trawienie. Tylko jak się mamy ruszyć? Po makaronie, szarlotce z bezą i serniku? Powolutku kierujemy się na dworzec (hm…) i wnosimy rowery na peron (ciekawe, jak ma tam się dostać ktoś na wózku inwalidzkim...). We Wrocławiu jest już wieczór, zderzenie z hałasem i światłami miasta powoduje szok cywilizacyjny. Kaczawy jawią się jako magiczne miejsce zaklęte w czasoprzestrzeni.

       

            Dane:

- wyjazd: sobota 08.10,

- dystans dnia pierwszego: ok. 80 km,

- dystans dnia drugiego: ok. 60 km,

- dystans sumaryczny: 140 km,

- przyjazd: niedziela 20.40.

niedziela, 17 czerwiec 2012 18:52

Dolina Odry - byłem tam!

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

Tak, przyszedł w końcu czas aby popedałować razem z Laurą i Arturem choć nie ukrywam że trasa 75 km to lekko za dużo jak dla osoby siedzącej przez 8 godzin w pracy za biurkiem i zwykle wożącej tyłek w aucie. Zwykle bo od dwóch tygodniu jestem bez samochodu. Mój, jakby się zdawało, wieczny Asterix w końcu nie jest mój a co za tym idzie do pracy jeżdżę rowerem. Dzięki temu mogę pisać tą relację bo czas spędzony na pedałowaniu do i z pracy (20 km w jedną stronę) okazał się świetnym treningiem. No ale do rzeczy.

W grupie Ja, Mateusz i Paweł (część synów moich) oraz kolega z dawnej pracy-Bartosz czekamy na grupę w lasku rędzińskim. Siedzimy na ławeczce, gadka-szmatka, ege-szege a tutaj w bajorku żółw sobie pływa. Najprawdziwszy żółw w najprawdziwszym bajorku. wow. Tego się nie spodziewałem. No i nadeszła ta chwila że grupa przyjechała. Osób ja wiem, kilkanaście na pewno. Na początku grupy Król Artur tyle że zamiast białego konia lekko przechodzony rower. Grupę zamyka królewna Laura co to smoków się no boi i niejednemu by dała radę. Szewczyk Dratewka to może się schować albo wysadzić razem z tą swoją owcą Dolly. Krótkie przywitanie (imion i tak nie pamiętam - proszę o wybaczenie!) i jedziemy. Droga jak to droga, czasem płaska a czasem nie płaska, czasem z kamieniami a czasem asfalt. Wiadomo. Relacje piszę kilka tygodniu po wycieczce więc nie opiszę co widziałem bo z racji wieku mojego nie pamiętam :). No ale zabawa była przednia.W czasie trasy liczne przystanki a to na piwko (bezalkoholowe rzecz jasna) a to na loda u Pani Jadzi (może i to Krysia była ale dla potrzeb niniejszej relacji zostanie Jadzia). Na koniec udało nam się kolokwialnie mówiąc zaliczyć wiejski festyn gdzie oprócz miłych gospodyń wiejskich czekały na nas pyszne pierożki, chrupiące kiełbaski i kwaśne ogóreczki. O smalczyku (wiem,wiem Laura, mam w łebek za zdrobnionka) nie wspomnę. Zamek, a raczej jego resztki, w Chwalimierzu przepiękne. nawet nie zaczynam chwalić tego miejsca bo nie jestem godzien aby to czynić. No i słownictwo me ubogim jest aby podkreślić kunszt budowniczych, którzy to cegła po cegle, kamień po kamieniu wznosili tą budowlę. I co z niej zostało. Niewiele. Gdyby wujem  moim był Janek K. co to na Ukrainie gaz wydobywa to kto wie, może odbudowałbym to zamczysko i czekał na królewnę co na białym koniu. A czekajcie bo to chyba odwrotnie było? Nieważne. Kilometrów zrobiliśmy w tym dniu (przynajmniej ja) tyle co imię Rudego z Pancernych było. Czyli ni miej ni więcej tylko 102 km. Dla mnie to kosmos tym bardziej że poza tym czteroliterowym miejscem (nie, to nie jest noga) nic mi nie dolegało.

czwartek, 14 czerwiec 2012 02:00

Nowa strona stowarzyszenia!

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Nowa odsłona naszej strony. Teraz będziecie mogli zamieszczać na stronie własne relacje i komentarze. Dzięki temu możecie stać się współtwórcami strony stowarzyszenia Razem Bezpiecznie. Dodaliśmy także forum, gdzie między innymi możecie prowadzić dyskusje na temat projektów w jakich chcielibyście wziąć udział. Wkrótce zostanie dodana także galeria, w której będziecie mogli samodzielnie dodawać zdjęcia z wycieczek organizowanych przez nasze stowarzyszenie. Gorąco zachęcamy do aktywności!

Strona 59 z 59