Główna zawartość

poniedziałek, 19 maj 2014 21:16

Mokre kury, mokre kruki...

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Marzeniem organizatora wycieczki pieszej jest po pierwsze pogoda. Taaa... Pierwsze dwie godziny było super. Chmury się podnosiły do góry, nadając okolicy tajemniczości, a zieleni soczystej barwy. A potem zaczęło padać, padać. Padaaać. Ciągle padać...

A mimo wszystko marzenie organizatora się spełniło, bo takiej ekipy to ze świecą szukać Laughing

Był konkurs peleryn, dzielenie się prowiantem (pozdrowienia dla Cioci od soku aroniowego), ciapanie w błocie, przeróbka butów trekkingowych na klapki, rzucanie tofikami i mnóstwo śmiechu (jak już było wszystko jedno Laughing).

Nikt nie marudził! Nawet po fakcie się podobało! Powtórka będzie słoneczna miejmy nadzieję, bo żal tych dolinek, skałek i zagubionych szczytów. O knedlikach czeskich nie wspominając...

Zwycięzcą najtrafniejszej puenty został Gregor, który patrząc na dziewczyny w pelerynach stwierdził: Ja rozumiem, że Razem Bezpiecznie, ale dlaczego te kondomy są coraz większe...

Galeria

niedziela, 11 maj 2014 20:47

Pierwsza Pięćsetka!!

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Za nami pierwsze oficjalne 500 km!!

A to zaledwie maj Laughing W tym roku podwyższamy poprzeczkę... Naszym wilkom - rowerowym zapaleńcom - dajemy nagrody po 1 000 km. Dla tych, dla których przygoda rowerowa z RB się zaczyna albo w zeszłym sezonie ledwie się zaczęła, czyli nie zdążyli dokręcić 500-ki, zostajemy przy bonusach w starym stylu, czyli po 500 km.

Zapraszamy i jednocześnie WZYWAMY WAS ... DO BOJU!! NA ROWER Laughing

W zeszłym sezonie ta mocarna żaba z obrazka kryła w sobie dzwonek dla Zwycięzcy rankingu rowerowego. Co będzie w tym roku królowało? To jeszcze Tajemnica Prezesa ...

Zajrzyjcie na Rekordy.

niedziela, 11 maj 2014 19:39

Panna Marzanna w/g Panny Aurelii

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Już wkrótce kolejna wycieczka piesza w rozkwicie wiosny.

Za nami spacer na samym jej początku. Przypomnijcie sobie Laughing

Blog Aurelii.

Foty.

środa, 30 kwiecień 2014 22:03

Kwiecień Plecień

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Pierwszy w tym roku integracyjny rajd rowerowy objął tereny Kątów Wrocławskich. Była spora grupa rowerzystów, dwa tandemy i Osnuty ze swoim hendbajkiem Laughing Po wszystkim każdy miał trochę błota i spalony nos, bo słońce nam przyświeciło. Przyjemna niedziela z tradycyjnymi urodzinami. Tym razem Małolata dostała szampana Piccolo. Wiadomo, cukier daje kopa ... Na rozgrzewkę 48 km, a na przypomnienie 6 fotek o tu...

poniedziałek, 28 kwiecień 2014 20:35

Sówka ...

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Tym Razem w Sowie pojechaliśmy wiosną. Pomimo prognoz nie padało, za to były knedliki, czeskie piwo, tofiki i sowa...

Popatrzcie na fotki i wspomnijcie ten ulotny zapach śliwek...

Sowie wiosną.

Sowie jesienią.

 

 

sobota, 26 kwiecień 2014 21:46

Kilka zaledwie chwil w Raju

Oceń ten artykuł
(1 głos)

Poniekąd wywołany dzisiaj do tablicy postanowiłem spełnić obietnicę i napisać kilka słów o tym jak wyglądała wyprawa do Czeskiego Raju. Bo choć może nie jest to mój wymarzony raj (nie pytajcie jak wygląda ten wymarzony :)) to jednak zawsze Raj. Ten kto był harcerzem to wie że w harcerstwie ważna jest punktualność  dlatego też  zjawiłem się na miejsce zbiórki punkt ósma. Zapakowałem się jak nigdy w mały plecak i czekałem na resztę. Tyle że reszta chyba nie była harcerzami. Ba! Śmiem twierdzić że oni nawet nie byli zuchami bo opóźnienie znacznie przekroczyło  „studenckie 15 minut”. Ale co tam. Wszak jedziemy do Raju a tam wszystko zostanie mi wynagrodzone. Zegar sobie spokojnie tykał a wskazówka sekundowa przesuwała się o jedną kreskę co sekundę a jej siostra  „minutka” przesuwała się o jedną kreskę 60 razy wolniej od siostry „sekundki”. W tajemnicy powiem że mimo że od czasu wyjazdu upłynęło już kilkanaście dni to one dalej są siostrami. Ale nie ma tego złego bo w tak zwanym międzyczasie  udało mi się wykorzystać organizatorów i zjeść  ciepłe flaki i zagryźć je własnoręczne pieczonym chlebem. No i wyjazd. Udało nam się w ostatniej chwili bo tuż przed wyjazdem przyszedł do nas mały, włochaty trol , który sunął w naszą stronę zerkając złowrogo spod koca przez wygryzioną dziurę. A ja myślałem że trole to tylko w bajkach żyją. One są naprawdę więc uważajcie na nie!.

Całość pomieściła się w trzy auta, dwa osobowe i jednego busa. Teraz jak sobie piszę to przypomniało mi się że nie uregulowałem do dnia dzisiejszego kosztów dojazdu. Niniejszym więc przepraszam organizatorów i obiecuje poprawę a jako zadość uczynienie zobowiązuję się rozgłaszać wszem i wobec że …razem jest bezpieczniej!!  Nie wiem jak wyglądała podróż w autach osobowych ale w naszym busie atmosfera była wesoła. Były piękne dziewczyny, z głośników leciała piosenka gdzie jeden „ niepokorny typ” śpiewał żeby ktoś go wziął we śnie. Hmm?  Co on mógł mieć na myśli? No i czemu we śnie. Ja bym chyba wolał nie spać w takiej chwili (śmiech).  W takiej atmosferze droga minęła dosyć szybko i punkt 11 zjawiliśmy się przed drzwiami browaru Svijany. Tam powitał nas jeden Pan (chyba powitał bo w żaden sposób nie można było go zrozumieć) i za chwilę przybyła do nas blondyna-Michalina, która była naszą przewodniczką. Choć nie bardzo wiedzieliśmy o czym mówi (mówiła do nas po czesku) to wszyscy, zawłaszcza męska część wycieczki, wpatrywała się w nią jak w obrazek. chmiel granulowanyPokazywała nam jakieś słoiczki, kadzie, kazała wąchać i próbować. Nie było zakazów „nie wkładać palców do głównego zbiornika” więc duża większość bez skrępowania wkładała swoje palce a tuż po tym lubieżnie oblizywała z nich tę….gorycz. Bo gorycz była straszna, zwłaszcza w pierwszej kadzi. No ale być w browarze i nie oblizać palca to jakby jeździć rowerem bez korby i pedałów. Ale na to miał jeszcze nadejść czas bo czekała nas (ponoć) niespodzianka!  Po lizaniu (swoich) palców maczanych „w czymś co miało być dopiero piwem” kadz pełna piwaprzyszedł w końcu czas na spróbowanie prawdziwego piwa, którym to zostały wypełnione dwa wielkie kanko-dzbanki. Jako że były one duże to każdy bez pośpiechu (choć przyznam że lekko się przepychając) mógł zamoczyć swoje spragnione usta i zwilżyć wyschnięte gardło zawartością kanko-dzbanka. Mmmm! W ślad za słowami piosenki Seweryna Krajewskiego warto było czekać na tę jedną chwilę.  Świeże, zimne piwo prosto z pianką! Jako że członkowie wycieczki to głównie rowerzyści to zaznaczę że piwo było oczywiście bezalkoholowe ;). No ale wszystko co dobre szybko się kończy więc niedługo nasze kanko-dzbanki były puste i nadszedł czas pożegnać się z Michaliną i zostawić drzwi browaru w tyle. Ostatnie zdjęcie na tle browarnego logo i ruszamy do pensjonatu gdzie były planowane dalsze atrakcje. Pensjonat okazał się przytulny i czysty a niedaleka gospoda dość gościnna. Ale największym przebojem wieczoru okazał się urodzinowy tort „Pana Konia”, który został niemal zjedzony rękami z podłogi. Ktoś chciał jeszcze grać w „Sabotarzystów” ale delikatnie mówiąc został zbojkotowany (nie wiem, może ktoś sabotował grę?). Niemałą atrakcją okazał się także pobliski plac zabaw, który był przez nas okupowany do późnych godzin wieczornych :). Choć byli wśród nas starcy (podobno bo ja osobiście ich nie widziałem) to wszyscy bawili się jak dzieci. A to huśtawka, a to ślizgawka czy karuzela były poddawane przez nas wytrzymałościowym próbom. Testowanie karuzeliKto nie był ten niech żałuje bo w ten wieczór można było bezkarnie wrócić do dzieciństwa bez obawy że zostanie się posądzonym o wariactwo. Nawet wspomniani wcześniej starcy bawili się z uśmiechem i fikali (dosłownie) fikołki :). Jako że poszedłem dość szybko spać to nie wiem co działo się późnym wieczorem i wczesną zarazem nocą. Podobno były śpiewy do księżyca i tańce gdzieś w polu. Ale może to tylko plotki miejscowych, którzy pewnie jeszcze nas miło wspominają. Wstałem rano dość wcześnie jako jeden z pierwszych. Yuppi! Czemu? Raz że czekało mnie śniadanie w gospodzie a dwa że jakiś wariat śpiewał (choć raczej ryczał) „Żegnaj nam dostojny stary poooorcieee, rzeko  mersi żegnaj naaaam. Wypływamy już na rejs do Califoooorniii jak wrócimy opowiemy wam”. Tak to mniej więcej szło. Może inni, którzy to także słyszeli, dopiszą kolejne usłyszane zwrotki.  Potem przyszedł czas na śniadanie i ruszyliśmy dalej  ku obiecanej niespodziance ale do dnia dzisiejszego nie wiem co było tą niespodzianką :). Kto wie, może kiedyś się dowiem.

Jednak nie mam za złe organizatorom skrywanej do dziś tajemnicy co ową niespodzianką miało być bo w planach była jeszcze wycieczka „roweropodobnymi wehikułami” które na potrzeby tej relacji zostaną nazywane będą "kolobieżkami" (po polsku hulajnogami). Mi, człowiekowi starej daty, kolobieżka kojarzy się raczej z małym czymś co można schować do bagażnika małego fiata (tak, młodzież zapewne nie wie ale małe fiaty miały bagażnik). Tymczasem zastane kolobieżki okazały się dużym rowerem z tą różnicą że nie miały łańcucha, korby,  pedałów i siodełka. Wszystko inne było. Ale po co nam te niepotrzebne „klamoty” kiedy się zjeżdża z góry? Koziołki czeskim rajuKażdy z nas dostał kask na głowę i krótki instruktarz żeby uważać bo ta niepozorna maszynka może się rozpędzić nawet do 80 km/h. Kolobieżki zostały zapakowane do przyczepy a my usiedliśmy w mini autobusiku aby po chwili wysiąść na górze i stawić czoła tej nowej dziedzinie „kolarstwa”. Widoki przepiękne, pogoda cudna a same zjazdy dostarczały nam wiele radości. Słowa przestrogi  żeby uważać i nie jechać za szybko zostały zapomniane i zaczęły się prawdziwe wyścigi i ukryta rywalizacja. Adrenalina była tym większa że zjeżdżaliśmy po krętych, jak świderki Lubelli, ulicach. Zjazd zjazdem ale organizator postanowił jeszcze pokazać nam to i owo po drodze więc oprócz zjazdów przyszła też kolej na …..podjazdy. Fajnie tylko czy ktoś z Was próbował podjechać pod górę rowerem bez łańcucha i pedałów? Wydaje się niemożliwe? A jednak nam się udało.  Nie było to już tak ekscytujące jak zjazdy w dół koniec relacji(no bo przecież nie w górę hehe) ale i tak było przy tym wiele śmiechu. Dzięki wysiłkowi udało nam się zawitać do wielu bezobsługowych barów, które u nas chyba nie miałyby racji bytu. Bezobsługowość polegała bowiem na tym że każdy obsługiwał się sam (także przy zmywaniu) a należność za nazwijmy to „skonsumowane produkty” zostawiało się w skarbonce zgodnie z cennikiem. Ech my Polacy możemy się uczyć od Czechów. Po krótkim odpoczynku i uzupełnieniu płynów ruszaliśmy dalej zatrzymując się tu i ówdzie żeby dla odmiany pochodzić pieszo po skałkach.

Właśnie wybija u mnie godzina 21.40 więc czas kończyć tę relację bo noc ciemna już dawno za oknem. Zamiast tego co napisałem wyżej można to podsumować w trzech krótkich słowach, którymi zakończę ten przekaz…. KURNA JAKI ŻAL  (że się to tak szybko skończyło rzecz jasna). Pozdrawiam uczestników tego wypadu i tych, którzy doczytali relację do końca. Ahoj!